Lepsze życie

10 tysięcy kroków… i co dalej? Krótka opowieść o chodzeniu

Zaczyna się niewinnie: ktoś kupuje opaskę sportową, zegarek albo pobiera aplikację w telefonie. Następnie pojawia się ona – magiczna liczba dziesięciu tysięcy kroków dziennie. I nagle, zanim się obejrzysz, zamiast spacerować dla przyjemności, zaczynasz chodzić dla liczb. Po domu, wokół stołu, po mieszkaniu o 22:55 – byle tylko dobić do celu. 9998? Nie ma zmiłuj. Jeszcze trzy okrążenia stołu w salonie. Owszem, aktywność fizyczna to świetna sprawa. Ale czy 10 tysięcy kroków dziennie to naprawdę złoty bilet do zdrowia, szczęścia i długowieczności?

Skąd się wzięło te 10 tysięcy?

Zanim uznamy, że to wartość naukowo udowodniona przez lekarzy i fizjologów z pięcioma doktoratami, warto wiedzieć, że liczba ta ma… korzenie marketingowe. W rzeczywistości nie narodziła się w laboratorium, tylko w dziale reklamy. W latach 60. w Japonii, tuż po zakończeniu igrzysk olimpijskich w Tokio, wypuszczono na rynek pierwszy komercyjny krokomierz o nazwie „manpo-kei”, co oznacza dosłownie „licznik dziesięciu tysięcy kroków”. Dlaczego akurat dziesięć tysięcy? Bo ładnie wygląda, dobrze brzmi i łatwo zapada w pamięć. Taka okrągła, imponująca liczba dawała poczucie celu – wystarczająco dużego, by wydawał się ambitny, ale jednocześnie możliwego do osiągnięcia. I chwyciło. Marketing zrobił swoje, a świat podchwycił trend. Z biegiem lat ta liczba zaczęła funkcjonować jak pewnik – coś między „zaleconą dawką zdrowia” a „obowiązkową porcją ruchu”.

A dziś, pół wieku później, tysiące ludzi wędrują wieczorem wokół kanapy czy stołu, bo aplikacja pokazuje 9980 kroków i nie wypada tak tego zostawić. Robimy wszystko, by nie zejść poniżej tej liczby. Nawet jeśli w danym dniu największym wyzwaniem było dotarcie z łóżka do ekspresu do kawy. Dziesięć tysięcy kroków stało się współczesnym znakiem bycia fit. Tyle że – jak to bywa z uproszczeniami – historia nie kończy się na tej jednej liczbie. A czasem warto się zatrzymać – po to, by zrozumieć, co właściwie te kroki dla nas znaczą.

Chodzi nie tylko o chodzenie

Wszyscy z pewnością jesteśmy zgodni, że ruch to absolutna podstawa. Codzienne spacery pomagają w pracy układu krążenia, wspierają metabolizm, poprawiają nastrój i działają lepiej niż niejedna tabletka na ukojenie stresu. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy 10 tysięcy kroków staje się celem samym w sobie, a nie elementem większej całości. Bo dbanie o zdrowie nie kończy się na krokach. Można robić ich codziennie nawet 20 tysięcy i nadal odżywiać się głównie kanapkami z żółtym serem, spać po cztery godziny i żyć w chronicznym stresie. Kiedy skupiamy się tylko na jednym aspekcie – np. na ruchu – łatwo ulec złudzeniu, że „odfajkowaliśmy zdrowie” na dziś. A przecież ono jest jak układ naczyń połączonych.

Zdrowie fizyczne, psychiczne i emocjonalne to naczynia, które codziennie się napełniają… albo opróżniają. I choć 10 tysięcy kroków to świetny początek, warto zadać sobie pytanie: co robię poza tym?

  • Można spacerować codziennie, a jednocześnie odżywiać się w pośpiechu, byle jak, często nieświadomie – jak student przed sesją. A przecież ciało, które dostaje kiepskie paliwo, nie zajedzie daleko – nawet jeśli codziennie robi swoje kilometry.
  • Do tego sen. Żaden smartwatch nie zastąpi solidnych ośmiu godzin odpoczynku. Bez snu nie ma prawdziwej regeneracji. Chroniczne niewyspanie potrafi rozwalić nie tylko kondycję fizyczną, ale też naszą odporność psychiczną i zdolność logicznego myślenia.
  • Umysł. I wreszcie umysł – nasze wewnętrzne pole bitwy. Można być aktywnym, wysportowanym i jednocześnie toczyć w głowie nieustanny maraton autooceny, frustracji i porównywania się z innymi. Dlatego zdrowie psychiczne to fundament. Czasem potrzeba po prostu mniej bodźców, więcej ciszy. Dziesięć minut tylko dla siebie może wystarczyć, by usłyszeć, co się w nas naprawdę dzieje.

Krokomierz nie mierzy relacji

Zdrowie to też relacje – z innymi i ze sobą samym. A o nie trudno, gdy cały dzień liczymy, analizujemy, monitorujemy, optymalizujemy. Można zrobić 12 tysięcy kroków, a jednocześnie przez cały dzień nie powiedzieć nikomu czegoś miłego. Albo nie zatrzymać się na dłuższą chwilę z bliską osobą, bo przecież „muszę jeszcze dobić do celu”. Może warto – zamiast patrzeć tylko na wykresy aktywności – spojrzeć na własne życie jak na całość: czy mam czas na rozmowę, śmiech, ciszę, pyszne i zdrowie jedzenie przy stole, długi i spokojny sen, oddech na świeżym powietrzu?

Technologia bardzo nam pomaga, ponieważ możemy monitorować tętno, jakość snu, a nawet ilość wypitej wody. Ale żaden smartwatch nie zmierzy satysfakcji z życia, poczucia sensu, ulgi po płaczu czy radości po spotkaniu z kimś kogo lubimy czy kochamy. Nie przypomni, że warto czasem nic nie robić. Że warto nie tylko biegać, ale zwyczajnie pobyć. Dlatego 10 tysięcy kroków… cóż. Jak najbardziej, ale niech będą częścią większego obrazu, a nie jego całością.

Żeby chciało się być

Co jest dalej? Dalej jest człowiek – ty – z całą swoją złożonością. Z ciałem, które potrzebuje ruchu, ale też odpoczynku. Z głową, która domaga się ciszy, ale również obecności innych ludzi. Z układem nerwowym, który nie lubi ciągłego przebodźcowania. Z jelitami, które wolą domowy obiad niż kolejną kawę i drożdżówkę w biegu. Ze światem wewnętrznym, którego nie zmierzy żadna aplikacja, a który decyduje o tym, jak się czujesz w swoim życiu.

Jeśli więc zrobiłaś dziś 10 tysięcy kroków – świetnie. Ale może kolejnym krokiem będzie telefon do przyjaciela. Kwadrans w ciszy, bez powiadomień. Kolorowe warzywa na talerzu zamiast przypadkowej przekąski. Książka zamiast scrollowania. Prawdziwy sen zamiast jeszcze jednego odcinka serialu.

Bo prawdziwa kondycja to nie tylko ta fizyczna. To stan, w którym chce się być – nie tylko ruszać. To równowaga między ciałem, głową i sercem. To życie, które nie wymaga liczenia każdego kroku, żeby poczuć się dobrze.

Karolina Kwiatkowska

Dodaj komentarz