Wywiad

Organek: Szukam prawdy, cenię czas

Tomasz Organek, muzyk, kompozytor i autor tekstów, opowiada „Głosowi Mordoru” o tym, co ważne i najważniejsze.

W życiu ważne są…?
Tomasz Organek: …tylko chwile, jak wiadomo (śmiech). Poza tym miłość, piękno i dobro.

W jednym z wywiadów wyznał Pan, że miłość uważa za najważniejszą życiową wartość.
Miłość buduje najbardziej istotne relacje ze światem. Daje nam poczucie sensu istnienia, uczy samoakceptacji, tolerancji, empatii, demontuje kompleksy i napięcia, pomaga odnaleźć się w gąszczu przyczyn i skutków, ustala priorytety.
Mam tu oczywiście na myśli miłość nie tylko w ujęciu erotycznym, ale szerzej, w wymiarze głęboko humanistycznym, traktowaną jako akceptację świata, poszukiwanie i pochwałę dobra oraz piękna. Tylko ona jest gwarantem rozwoju pojedynczego człowieka i całych społeczeństw.
Historia pokazała nam nieskończenie wiele razy – jak widać niedostatecznie wiele – że porządek i relacje społeczne budowane na nienawiści i strachu, czyli negowaniu miłości, prowadzą tylko i wyłącznie w jedną stronę – ku zagładzie.

A sława, sukces, porażka?
Wszystkie trzy są ważne. Sława łechce ego i zapewnia godziwe utrzymanie, sukces buduje wiarę w słuszność swojego postępowania i wzmacnia motywację, porażka pozwala zrewidować błędne decyzje. Wszystkie trzy mam za sobą i na obecnym etapie już się nimi nie emocjonuję.
Rozumiem mechanizmy rynkowe, psychologię tłumu, mody, zabiegi marketingowe, siłę reklamy, etc. i z tego wszystkiego jestem zainteresowany już tylko i wyłącznie szczerością emocjonalną i atrakcyjnością intelektualną wypowiedzi. Na scenie nie pociąga mnie już nic poza prawdą. Reszta już mnie tylko męczy i nuży.

Niektórzy wśród życiowych priorytetów wymieniają też zmianę.
Zmiana to podstawa wszelkiego rozwoju, również mojego. Zawsze, odkąd sięgam pamięcią – i jest to do pewnego stopnia działanie prowokowane jakimś podświadomym imperatywem, odczuwałem silną potrzebę kwestionowania zastanego porządku rzeczy. Bardzo szybko zachodzi u mnie proces krytycznej analizy, jakiegoś sprzężenia zwrotnego, którym odnoszę się do danego status quo. Uczę się czegoś, stabilizuję, krzepnę, po czym zaraz chcę dekonstruować, zmieniać po swojemu. Tak też tworzę swoją muzykę. To taki postnowoczesny patchwork, zlepek klisz i gatunków.
Nuda jest chyba najbardziej motywującym czynnikiem zachęcającym do zmiany. Nie znoszę przewidywalności i sztampy. Z wiekiem to się u mnie pogłębia. Zmieniły mi się przede wszystkim priorytety. Szukam prawdy, emocji. Cenię sobie czas. Nie lubię go marnotrawić.

Jest Pan artystą – muzykiem. Muzyka zapewne również znajduje się wśród spraw niezwykle istotnych w Pana życiu?
Muzyka jest moim sposobem na przetrwanie i namiastką sensu istnienia. Możliwością nieskrępowanej wypowiedzi, spełnienia się, nakarmienia własnego ego, rozbrojenia kompleksów, a w rezultacie możliwością lepszego, pełniejszego i ciekawszego życia.

Czy ma Pan w swojej wewnętrznej przestrzeni miejsce na muzyczne autorytety, z których czerpie Pan inspiracje?
„Przerobiłem” wszerz i wzdłuż całą historię muzyki rozrywkowej parę razy. Nie znudził mi się tylko jazz. On jeszcze żyje. Ostatnio wróciłem też do rocka progresywnego np. do grup Yes albo SBB. Cenię sobie też muzykę autorską. Obecnie, po raz kolejny, Serge Gainsbourg, Paolo Conte, Bob Dylan. Poza tym kocham francuskiego manouche’a. Powoli przedzieram się też przez klasykę.

Pochodzi Pan z rocznika, z którego ludzie często określają siebie, jako „urodzonych w pokoleniu w rozkroku”, czyli z takiego, które nie jest jeszcze pokoleniem Y, ale też już nie jest do końca pokoleniem PRL-u. Ludzie ci często mówią o poczuciu pewnego rozdarcia, o jakimś wewnętrznym kompleksie (za młodzi, by walczyć o wolną Polskę, za starzy, by żyć jak milenialsi). Odczuwał Pan taki dysonans?
„(…) wspólnymi siłami tkaliśmy obraz nędzy i rozpaczy, z roku na rok coraz bardziej popadając w cynizm i obojętność. Chyba podświadomie łączyła nas jakaś pokoleniowa więź ludzi, którzy urodzili się – jak powiadają skrupulatni Niemcy »nichts Halbes und nichts Ganzes« – czyli ni to w pół, ni to po całości. Nie załapaliśmy się ani na rewolucję ani na dystrybucję. Reprezentowaliśmy roczniki siedemdziesiąte, maturę robiliśmy w połowie dziewięćdziesiątych, a nadejście dwudziestego pierwszego wieku uhonorowaliśmy dyplomem nikomu niepotrzebnych studiów, dołączając tym samym do stale rozrastającego się stada zadowolonych z siebie idiotów, sięgających po słowo »inteligencja« wyłącznie w odniesieniu do czegoś, co miało się nazywać mega dealem. Cały czas byliśmy gdzieś pomiędzy, zawsze albo za późno, albo za wcześnie – nigdy w czasie odpowiednim dla siebie (…)” – to cytat z książki, nad którą właśnie pracuję.

À propos pracy, jak wygląda codzienność współczesnego muzyka?
To praca na cały etat. Komponowanie, pisanie tekstów, aranżowanie, przygotowywanie koncertów specjalnych – to wszystko wymaga systematyczności, ciągłego dbania o warsztat, czyli po prostu ćwiczenia.
Aspekt emocjonalny i intelektualny jest tu tak samo istotny. Żeby mieć coś atrakcyjnego do zaproponowania w sensie artystycznym, trzeba się ciągle rozwijać, uczyć się, czytać, pisać. Do pracy ściśle związanej z samą muzyką i koncertowaniem – a trzeba pamiętać, że gramy około stu koncertów rocznie – dochodzą wywiady, czasami też sesje zdjęciowe, klipy, inne zaproszenia, kontakt ze słuchaczami – sam odpisuję na wszystkie wiadomości do mnie, nie mam tu zastępcy.
Najtrudniejsze jednak z tego wszystkiego są nieustające i ciągłe podróże. Po wielu latach spędzonych w busie to one potrafią męczyć najbardziej. Często odbywają się nocą. Brak odpowiedniego snu i czasu na regenerację odbija się na zdrowiu. Częsta rozłąka zaś – na jakości związków.

Bycie idolem zobowiązuje. Jak Pan się czuje w tej roli?
Nie mam pojęcia. Trzeba by jakiegoś idola zapytać, ale nie wiem, kto nim jest w tym tygodniu. Nie jestem na bieżąco (śmiech).

Nie czuje się Pan idolem, więc kim?
Oczywiście sobą. Tylko wtedy można być kimś.
A Tomasz Organek chce być tylko i wyłącznie Tomaszem Organkiem.

Twierdzi Pan, że otacza się wyłącznie ludźmi z dobrą energią. Czyli jacy ludzie nie mają do Pana dostępu?
Nie cierpię chamstwa, agresji i głupoty. Pochwały dla nieuctwa i nieudacznictwa oraz budowania na niej kapitału politycznego. Nie cenię radykałów. Szanuję dialog, otwartość i rozum.

Wielu artystów wychodzi dziś z pewnej strefy komfortu – artystycznej niezależności – i zaczyna angażować się w sprawy polityczne. Pan także nie pozostaje na te kwestie całkowicie obojętny. Duch czasu?
Chyba tak. Ten „Zeitgeist” jest obecny zawsze i wszędzie – na nasze nieszczęście znowu chce się przeistoczyć w upiora i to na naszych oczach. Musimy wziąć odpowiedzialność za siebie i mu tego zakazać.
Doświadczamy jakiegoś niebezpiecznego trendu, który polega na odwracaniu się od najważniejszego dorobku cywilizacji zachodniej, czyli liberalnej demokracji. W zamian proponuje się nam jakąś hybrydę demokracji i miękkiego autorytaryzmu. To krok wstecz.
Nie mogę się nadziwić tej społecznej amnezji i obojętności. Ledwie wywalczyliśmy wolność i już z niej rezygnujemy za parę złotych? Nie zgadzam się na demontaż trójpodziału władzy, łamanie konstytucji i cyniczne kłamstwa prosto w oczy. Obecna władza mnie obraża.

Wspomniał Pan, że pisze książkę, ale Pana fanów czeka wkrótce też reedycja Czarnej Madonny i ONA. Może Pan opowiedzieć o tych projektach?
Reedycja Czarnej Madonny, z okazji uzyskania przez nią statusu platynowej płyty, zawierać będzie wszystkie utwory, które poprzez jakąś okoliczność się z nami wiążą, ale z różnych powodów nigdy nie ukazały się na płycie. Dotyczy to piosenek Edwarda Stachury czy piosenki „Ta Nasza Młodość”, aczkolwiek zaproponujemy również dwie zupełnie nowe kompozycje, które zostały po poprzednich sesjach, a wydają się nam na tyle wartościowe, że postanowiliśmy je pokazać. Będzie to takie podsumowanie naszej pięcioletniej działalności.
Trzecia płyta, nad którą również już pracujemy, będzie zaczątkiem nowego rozdziału w historii działalności naszego zespołu. A książka… pracuję nad nią od długiego czasu. Mam jakieś niespełnione ambicje, które we mnie tkwią. Jak będę gotowy, to się tym wszystkim podzielę. Na razie pracuję.

 

Izabela Marczak

Dodaj komentarz