Najnowsze wydanie

Azja na zdalnej

Nie lubię zimy w naszym kraju – jestem osobą, która działa na baterie słoneczne. Zainspirowany przykładem młodszego pokolenia, jesienią 2023 r. postanowiłem zrobić wyprzedaż garażową zbędnych rzeczy i uciec w poszukiwaniu słońca. Marzyłem o tym, aby zwiedzić Azję południowo-wschodnią. Wszak gdy w naszym kraju „zawitała” pandemia Covid-19, zwrot „praca zdalna” odmieniano przez wszystkie przypadki. Zanim zostaliśmy zamknięci w domach kojarzyła się raczej z „cyfrowym nomadą”, który siedzi sobie na leżaczku z laptopem, popija wodę kokosową i pracuje z plaży.

Piękna wizja – ale jak wygląda w praktyce? Gdy wylądowałem w Chiang Mai w Tajlandii kolega, z którym się tam spotkałem, powiedział: „To nie jest dobre miejsce na pracę, za dużo rozpraszaczy”. Pomyślałem sobie: „Co on gada? Są coworki, na pewno znajdę tu dobre miejsce do pracy”. O, jakże się myliłem!

Gdzie pracować?

W Azji wszystko było dla mnie nowe, pierwsze i wszystkiego (prawie wszystkiego) chciałem doświadczyć na własnej skórze. Spacerowałem do coworku różnymi trasami poznając miasto. A w samym coworku pełno interesujących ludzi, z którymi nawiązałem fajne przyjaźnie…

Ale do rzeczy: chcesz pracować – to albo w wynajętym mieszkaniu z gabinetem (przy umowie na ponad rok ceny nieruchomości są śmiesznie niskie w porównaniu z Warszawą), albo właśnie w coworku, gdzie możesz podpiąć laptop pod ich monitor i działać sobie komfortowo na stabilnym łączu wi-fi. Za miesięczny dostęp (hot desk, klima, wi-fi i jedna kawa dziennie gratis) płaciłem około 500 zł. Za trzy tygodnie w hotelu z basenem zapłaciłem około 1800 zł. Dobre trzypokojowe mieszkanie z klimą oraz basenem i siłownią do dyspozycji znalazłbym za 3000 zł miesięcznie.

Kiedy pracować?

Z Tajlandii ruszyłem do Wietnamu. Tam sporo się przemieszczałem i nie wynajmowałem coworku. Trzeba było sobie poradzić z różnicami w strefach czasowych. Mnie się podobało to, że azjatycka godzina 16 to polska godzina 10. Mogłem spędzić większą część dnia robiąc to co chciałem, a dopiero potem pojawiałem się „w pracy”. To spory plus.

Minus był taki, że gdybym chciał pracować osiem godzin, to kończyłbym o północy – a ja najbardziej lubię zwiedzać nocą, gdy jest już chłodniej.

Poza tym wieczorami działo się to, co kocham najbardziej: muzyka na żywo. W Tajlandii bardzo często w barach grają cover bandy, przy których się świetnie bawiłem. Czasami wychodziłem na trochę z „koncertu”, aby popracować.

Z czasem wpadłem na pomysł, aby pracować tylko między 16 a 20. Dzięki temu miałem motywację do tego, żeby się skupić i zrobić swoje.

To zadziałało – ale rozpraszaczy wokół jest cała masa, jak np. pyszna i tania kuchnia oraz masaże. Azja stoi masażami. 30-40 zł za godzinę masażu to cena, której w Polsce się nie uświadczy. U nas najtańszy masaż kosztuje około 180 zł, jeśli więc, tak jak ja, uwielbiasz masaże, to Azja jest zdecydowanie dobrym kierunkiem.

Pierwszy wróg: upał

Upały to największy minus pracy zdalnej w gorących krajach. Lubię słoneczko, ale temperatury ponad 33 stopnie Celsjusza to za dużo – na dworze nie jest wtedy fajnie. Zacząłem więc robić sobie sjesty i w okolicach południa drzemałem w klimatyzowanym pokoju. To wymagało przestawienia rytmu dobowego.

Upał jest też wrogiem sprzętu komputerowego, bo nawet jeśli masz odpowiednio jasny monitor, aby pracować w pełnym słońcu to i tak za chwilę sobie poparzysz nogi gorącem obudowy, albo… przegrzeje ci się telefon w trakcie wideokonferencji.

Drugi wróg: łącze

Drugi minus to niestabilne połączenie internetowe. Wybierając cowork warto sprawdzić jakim dysponuje łączem. Sieciom wi-fi w hotelu też nie warto ufać, bo wiele hoteli oferuje darmowe wi-fi nie dbając o jego przepustowość.

Ja podróżowałem z drugim telefonem (jako backupem), w którym miałem lokalną kartę sim. W ten sposób zapewniłem sobie stabilne połączenie internetowe – przynajmniej w Tajlandii i Wietnamie.

Gdy jednak dotarłem do Kambodży, to pierwszy raz od dłuższego czasu znalazłem się w zasięgu sieci EDGE. Poczułem się jak 20 lat temu w Polsce. Dlatego w Kambodży (poza stolicą i Siem Reap) polegałem na hotelowym wi-fi (hotel ma doprowadzony światłowód).

Tam też przeżyłem największe temperatury i zdarzyło mi się prowadzić kilka calli z basenu, w którym byłem zanurzony po szyję, aby się chłodzić. Telefony zamieniałem w czasie rozmów: jeden się chłodził a drugi pracował.

Pozytywna zmiana

Moja praca to głównie komunikacja z ludźmi i kreacja – wymyślanie. A na pracę kreatywną nic nie wpływa tak dobrze jak zmiana miejsca na otwartą zieloną przestrzeń, na dodatek pełną przemiłych ludzi – bo Azjaci są przemili. Owszem, wielu jedynie z przyczyn biznesowych. Tym bardziej polecam Kambodżę czy Wietnam, bo nie są jeszcze tak „skomercjalizowane” jak Tajlandia.

Najlepiej sprawdź to na własnej skórze (tylko weź dużo filtru do opalania). Cudownie się medytuje o poranku wśród śpiewu ptaków, patrząc na zieleń lasów. Po wszystkim można wskoczyć do basenu i potem wrócić do pracy kreatywnej – to mój sposób.

Na taką pracę pozytywnie wpływa też dobre odżywianie się – a z tym w Azji nie będziesz miał problemu. Kurczak czy pomidor: wszystko smakuje zupełnie inaczej, niż w Polsce (mam tu na myśli moje doświadczenia z „mniej rozwiniętych” rejonów Kambodży). Czasem pyszności na talerzu będą cię odciągały od pracy – bo jest tyle do doświadczenia i posmakowania.

Kwestie techniczne

Moja podróż do Azji była podzielona na dwa etapy. Za pierwszym razem zabrałem ze sobą 15-calowy laptop, drugi mobilny monitor (bo w biurze zawsze pracuję na dwóch), składaną ergonomiczną podstawkę pod laptop, małą zewnętrzną klawiaturę oraz ergonomiczną mysz na bluetooth, komplet ładowarek i oczywiście dobre słuchawki z ANC (bez nich nigdzie się nie ruszam).

Za drugim razem wystarczył mi iPad z klawiaturą z touchpadem i rysikiem, notatnik/czytnik ebooków i kabel HDMI oraz największy powerbank, jaki mogłem zabrać do samolotu. Jeśli miałem w jakimś miejscu do dyspozycji monitor, podpinałem się do niego. Do mojej pracy – głównie pisania maili i obsługi clickupa oraz prowadzenia rozmów – to w zupełności wystarczało.

Oczywiście ma to pewne ograniczenia. Plik z budżetem mogę edytować, ale już robienia prezentacji w Power Poincie na tablecie bym się nie podjął, choć pewnie i to jest do zrobienia po krótkim treningu. Każdy powinien swój setup narzędziowy dostosować do siebie, swojego budżetu oraz indywidualnych potrzeb. Dzięki temu, że w drugim aparacie telefonicznym miałem lokalną kartę sim mogłem bez problemu zadzwonić na lokalny azjatycki numer. I zawsze miałem zapasowy telefon, na wypadek gdybym pierwszy zgubił. Choć z drugiej strony ceny niektórych sprzętów elektronicznych są niższe w Azji, więc spokojnie można kupić te rzeczy na miejscu.

Soft

Bezpieczeństwo to podstawa w pracy zdalnej, dlatego gorąco rekomenduję kupno oprogramowania do VPN, aby móc się bezpiecznie łączyć z siecią, gdy korzystacie z wi-fi oraz gdy chcecie obejrzeć polski serwis streamingowy. Również strony niektórych banków czy systemów informatycznych nie działają, gdy łączymy się z obcego kraju – tutaj również z pomocą przychodzi VPN.

Drugim softem, bez którego nie ruszam w podróż jest kwalifikowany podpis elektroniczny. Dzięki niemu mogłem z poziomu telefonu komórkowego podpisywać nowe kontrakty w mojej agencji marketingowej Runaways – Zero Bullshit popijając „iced matcha drink” na hamaku.

Trzeci soft to dobry translator (większość z nich jest już natywnie instalowana w telefonach) – niestety w Azji znajomość języka angielskiego nie jest aż tak dobra jak w naszym korpoświatku, więc najczęściej komunikowałem się z lokalsami za pomocą elektronicznych tłumaczy w telefonie.

Czas kreatywny

To oczywiście moja subiektywna recenzja. Azja jest idealna by posiedzieć wśród natury, zebrać pomysły, skrystalizować je i zapisać do zrealizowania na „po powrocie”. Oczywiście da się pracować, pewnie też przez 8 godz. longiem przy biurku. Tylko po co?

Ja z pewnością planuję spędzać kolejne zimy w podróży i mieć swój czas na pracę kreatywną, a w Polsce realizować to, co wymyśliłem.

Jednym z takich pomysłów, który krystalizował się w trakcie mojego pobytu w Azji, jest akcja „31 maratonów w 31 dni”, którą realizuje mój przyjaciel Piotr Konopka przy wsparciu „Mordoru na Domaniewskiej” – szczegóły tutaj: https://zrzutka.pl/3131. Mam nadzieję, że wywiad z Piotrem przeczytasz już w kolejnym wydaniu „Głosu Mordoru”.

Rafał Ferber

Dodaj komentarz