Najnowsze wydanie

Benefity, które nic nie dają (ale świetnie wyglądają w ogłoszeniu)

Owocowe wtorki vs. realne potrzeby pracowników.

„Oferujemy atrakcyjny pakiet benefitów” – to zdanie pojawia się dziś w niemal każdym ogłoszeniu o pracę. Tuż obok niego: karta sportowa, prywatna opieka medyczna, świeże owoce w biurze, pizza day raz w miesiącu i okazjonalne warsztaty z jogi online. Brzmi znajomo? Brzmi też… bezpiecznie. Bo benefity stały się czymś w rodzaju korporacyjnego dress code’u – każdy musi je mieć, choć mało kto zastanawia się, czy faktycznie coś zmieniają.

Wtorkowy klasyk gatunku

Zacznijmy od klasyka gatunku: owocowe wtorki. Symbol troski o zdrowie pracowników, dowód na to, że firma „dba”. Tylko że w wielu przypadkach to raczej plaster na znacznie głębsze rany. Bo trudno mówić o realnym wellbeingu, gdy banan w kuchni ma zrekompensować nadgodziny, chaos komunikacyjny i brak poczucia wpływu na własną pracę.

Problem nie leży w samych owocach. Problem polega na tym, że benefity bardzo często są odpowiedzią na pytania, których nikt nie zadał.

Świat korzyści pozornych

Firmy projektują je w oderwaniu od rzeczywistych potrzeb ludzi. Bo łatwiej jest zamówić catering z jabłkami niż zmierzyć się z tym, że zespół jest przeciążony. Łatwiej jest dofinansować kartę sportową niż przyznać, że kultura pracy nie pozwala z niej korzystać. Łatwiej jest zorganizować warsztat o „radzeniu sobie ze stresem” niż ograniczyć źródła tego stresu.

W efekcie powstaje świat benefitów pozornych – ładnych, mierzalnych, dobrze wyglądających w employer brandingu, ale oderwanych od codzienności pracowników.

Spójrzmy prawdzie w oczy: ilu pracowników realnie korzysta z tych wszystkich „dodatków”? Ilu ma czas i energię, żeby iść na jogę po ośmiu godzinach spotkań? Ilu zapisuje się na webinary o work-life balance, siedząc jednocześnie na trzech callach i odpisując na Slacku?

Benefity stają się więc paradoksem. Są po to, żeby poprawić komfort pracy, ale często funkcjonują w systemie, który ten komfort systematycznie obniża.

Obietnica, która nie działa

Jeszcze ciekawiej robi się, gdy spojrzymy na to z perspektywy komunikacji. Benefity są jednym z głównych narzędzi sprzedaży firmy jako miejsca pracy. To one budują pierwsze wrażenie, to one przyciągają kandydatów. Problem w tym, że obietnica „świetnych warunków” oparta na zestawie standardowych dodatków coraz rzadziej działa.

Bo rynek pracy dojrzał. Pracownicy coraz lepiej rozumieją różnicę między benefitem a realną wartością.

Nie chodzi już o to, czy w biurze jest kawa speciality. Chodzi o to, czy można spokojnie wyjść o 17.00 bez poczucia winy. Nie chodzi o to, czy firma oferuje dostęp do platformy e-learningowej. Chodzi o to, czy ktoś ma czas, żeby z niej skorzystać. Nie chodzi o to, czy jest budżet szkoleniowy. Chodzi o to, czy rozwój jest faktycznie wspierany, czy tylko wpisany w strategię.

Normalność w pakiecie

Największym benefitem – i jednocześnie najbardziej niedocenianym – jest dziś normalność.

Przewidywalne godziny pracy. Jasne oczekiwania. Sensowny zakres obowiązków. Manager, który rozmawia, a nie tylko deleguje. Poczucie, że to, co robimy, ma znaczenie. To są rzeczy, których nie da się wpisać w bullet pointy w ogłoszeniu, ale które decydują o tym, czy ktoś zostanie w firmie na dłużej.

Dlaczego więc firmy wciąż inwestują w „ładne” benefity zamiast w realne zmiany? Bo te pierwsze są łatwe do wdrożenia i jeszcze łatwiejsze do komunikacji. Można je policzyć, opisać i wrzucić na LinkedIna. Te drugie wymagają odwagi – zmiany sposobu zarządzania, oddania części kontroli, przyznania, że coś nie działa.

A to już znacznie trudniejsze niż zamówienie skrzynki z owocami.

Rzeczywiste potrzeby

Nie oznacza to, że benefity są zbędne. Mogą być wartościowym dodatkiem, jeśli wynikają z rzeczywistych potrzeb zespołu. Jeśli są elementem większej całości, a nie próbą przykrycia problemów. Jeśli wspierają to, co już działa, a nie zastępują tego, co nie działa w ogóle.

Prawda jest taka, że najlepsze benefity są często niewidoczne. To m.in. możliwość powiedzenia „nie wiem” bez strachu. To przestrzeń na popełnianie błędów. To brak konieczności udawania, że wszystko jest pod kontrolą. To kultura, w której człowiek nie jest projektem do optymalizacji, tylko partnerem do współpracy.

Owocowe wtorki nie są problemem. Problemem jest wiara, że wystarczą.

A dopóki będziemy mylić dodatki z fundamentami, dopóty będziemy budować organizacje, które świetnie wyglądają w ogłoszeniach… i znacznie gorzej w codziennym życiu.

Dodaj komentarz