Korpotata

Czas na marzenia

Jedną z wielu pozycji książkowych, które przeczytałem w ubiegłym roku, był „Upór potęga pasji i wytrwałości” Angeli Duckworth. To blisko czterysta stron poświęconych – jak wskazuje wymowny tytuł – wytrwałości i systematyczności w realizacji wyznaczonych sobie celów. Autorka na podstawie zebranych dowodów i analiz broniła postawionej tezy: kluczem do ponadprzeciętnych osiągnięć nie jest wyłącznie talent lub tzw. szczęście, ale pasja oraz codzienna żmudna praca i wytrwałość. Te cechy osobowości autorka nazywa ogólnie „uporem”. Wyjaśnia również, że uporu można się nauczyć i nie ma znaczenia, jaki mamy iloraz inteligencji.
Niektórzy uważają tę książkę wręcz za podręcznik rodzicielstwa, ale moim zdaniem to spore uproszczenie, bo zawiera on również wiele informacji dotyczących dorosłych. Od razu uprzedzam, że jeśli ktoś liczy na gotowe wskazówki wyjaśniające, jak coś wdrożyć lub przejść dany etap krok po kroku, to w tej książce tego nie znajdzie. Książka bazuje raczej na wielu „case studies”, które jednak trzeba potraktować jak inspiracje. W skrócie: zamiast wyfiletowanych ryb autorka daje nam wędkę i podpowiada, jak nią łowić.

No dobra, ale po co w ogóle o tym piszę? Po części dlatego, że od blisko trzech lat sam jestem trochę takim wariatem, który udowadnia, że talent to jedynie 10 proc. „sukcesu”, a reszta to ciężka, codzienna praca, która w dodatku owocuje dopiero po dłuższym czasie. Ale poruszam ten wątek również dlatego, że podobny model staram się wdrożyć u Jaśka. Zresztą nawet sama Angela Duckworth – jeżeli dobrze pamiętam – pisała w swojej publikacji, że dzieci nie powinny mieć czasu na nudę. Warto wypełniać ich czas zajęciami, aby mogły się rozwijać i sprawdzać, co lubią robić, a co powinny odpuścić. W zasadzie można uznać, że to logiczne podejście, prawda? Z tym, że nie chcemy robić z naszego syna robota, który ma wypełniony czas od rana do wieczora, bo wiadomo, jak człowiek się nie rozwija to się zwija. Czy jakoś tak.

Przyjęliśmy nieco zmodyfikowany model proponowany przez autorkę. Jasiek ma codziennie jakieś pozalekcyjne zajęcia. Teraz jest to angielski oraz piłka nożna. Wiadomo, dobra znajomość angielskiego była podziwiana ostatnio na początku lat 90. Dzisiaj ten język trzeba znać niemal na takim samym poziomie, jak swój ojczysty. Dla mnie to jest w zasadzie podstawa, a nie dodatkowe zajęcia. Natomiast piłka nożna to Jaśka pasja i trenuje ją – wyłącznie na własne życzenie – odkąd skończył trzy lata. Oprócz tego chodził przez kilka miesięcy na robotykę, ale na razie nie złapał bakcyla tej dziedziny. Dlatego, zgodnie z radą Angeli, na prośbę Jaśka wypisaliśmy go z zajęć poświęconych budowaniu robotów. Przekonał się za to szachów, które mają w programie szkolnym (tak, jak też byłem tym faktem pozytywnie zaskoczony). W ten weekend graliśmy nawet w tę piękną grę przez kilka godzin.

Uważam jednak, że czas na zwykłą dziecięcą nudę też jest ważny. A to oznacza, żeby pozwolić dziecku na bycie po prostu… dzieckiem. Niech ogląda bajki, gra na konsoli czy spotyka się z kolegami. Chodzi o to, aby miał też czas na bycie z własnymi myślami, marzeniami i wyobrażeniami, jakkolwiek głupio to brzmi.
I w zasadzie to samo tyczy się dorosłych. Warto mieć w ciągu dnia chociaż chwilę na rozmowę z własnymi myślami. Wiem, że czasami łatwiej to napisać niż wdrożyć w życie. Sam mam czasami problem ze zrobieniem piętnastominutowej lekcji z języka włoskiego. Warto jednak szukać takiej przestrzeni w ciągu dnia, żeby móc chociaż przez chwilę się ponudzić. Chociaż przez kwadrans. Niektórzy nazywają taki moment medytacją, ale z marketingowego punktu widzenia nuda i czas marzeń brzmią chyba jednak trochę lepiej.

Piotr Krupa

Dodaj komentarz