Dziecko jest najlepszym lustrem naszych wad, ale również dobrych cech. Patrzę (jak każdy rodzic, nie oszukujmy się) na swoją pociechę z zachwytem i myślę: „No po kimś musi być taka mądra. Skądś te geny wzięła”. Jak ja to mówię, wiadomo: naukowcy twierdzą, że inteligencja jest po mamie. Gdy mówi to babcia, wtedy talenty dziedziczy się po babciach i dziadkach – ujawniają się co drugie pokolenie. Jeśli tata – wtedy wszystko, co najlepsze, jest od niego. Także każdy może się w jej blasku poopalać. Choć – niestety – jako rodzice jesteśmy na przegranej pozycji. Kiedy młoda miała w szkole napisać, komu i za co jest wdzięczna, wymieniła babcię. Nas w tym spisie już nie było. Także ten…
Wracając do genów, widzę również pewne zachowania, które i mnie blokują przed działaniem. Jak te dzieci to przejmują? Nigdy o tym wprost nie rozmawialiśmy, a jakimś cudem ma tak samo jak ja. Mianowicie: nie lubi brać udziału w konkursach, bo nie znosi przegrywać. To nie chodzi o sam task, ale o to uczucie, gdy – pomimo starań – nie zajmuje się żadnego miejsca. Są lepsi, po prostu. Jednak to uczucie, kiedy nie zajmuje się miejsca na podium, jest, delikatnie mówiąc, niefajne.
W czasach mniej świadomych, kiedy nie zdawałam sobie sprawy z tego mechanizmu, biorąc udział w różnych konkursach… sabotowałam się na starcie. Pomyślicie: „Jak można zgłaszać się do konkursu i się sabotować?”. Ano można. Nie przygotowywałam się do niego, licząc na wrodzone umiejętności i łut szczęścia. „Może inni też się nie przygotują i jakimś cudem wygram” – myślałam. Jak możecie się domyślać, inni tak nie myśleli i się przygotowywali. Zatem na podium nie stawałam, ale miałam wymówkę. „Jak na brak przygotowania, to całkiem dobrze mi poszło. Jakbym tylko się przyłożyła, to bym wygrała”. Taaa… Inaczej nie da się tego skomentować, niż tymi dwoma literami: Taaa.
Niestety, powiem wam, że czasami naprawdę mi się udawało przejść dalej (celowo użyłam słowa „udawało”, bo przygotowań nie było żadnych). Na szczęście teraz jestem już świadoma tych mechanizmów. I nie, nie wpłynęła na mnie wiedza tajemna, to wynik wieloletniej pracy ze sobą. Nic mi się nie udało, zapracowałam na to.
Zatem co się wydarzyło? Ostatnio brałam udział w wydarzeniu, gdzie nie zajęłam żadnego miejsca ani wyróżnienia. Ale przygotowywałam się do niego, uważam, że zrobiłam kawał dobrej roboty i po prostu nie zostałam wybrana. Jak mi z tym? Lepiej, niż kiedy liczyłam na to, że ktoś będzie gorszy ode mnie. Ale smutek i rozczarowanie były. Trzymało mnie z tydzień. Nie przegadywałam, nie ukrywałam. Pozwoliłam tej małej żałobie przejść w swoim tempie, bez obwiniania siebie i umniejszania innych.
Wracając do mojego dziecka: przez cały proces mnie dopingowała, a w dniu konkursu słała wspierające obrazki, nagrała nawet filmik z mową wspierającą. Więc gdy za parę lat będzie krzyczeć ze sceny: „Jesteś zwycięzcą!”, będziecie wiedzieli, jak to się zaczęło.
Czekała aż wrócę do domu, a było to blisko północy. Potem rozmawiałyśmy o tym, że jest mi przykro i że nawet łezka mi poleciała. No, ale takie jest życie: raz się wygrywa, raz przegrywa. Ważne, żeby cały czas próbować i się starać, a nie liczyć na łut szczęścia.
Myślę, że to była fajna lekcja i dla mnie, i dla niej: mama również ma problem z przegraną. Ale warto brać udział w konkursach, bo szczęście sprzyja przygotowanym.
Dorota Dabińska-Fydrych

Dodaj komentarz