Najnowsze wydanie

Jak przetrwać w korporacji? Komunikacja jest kluczowa

Znacie te wszystkie posty na Insta, gdzie piękne dziewczyny wypowiadają z uniesieniem słowa: „To ty jesteś głównym bohaterem w swoim filmie! Romantyzuj życie. Ciesz się nim. Bądź gwiazdą w swoim własnym serialu!”? Nie wiem w jakim filmie one grają, ale ja wylosowałam na pewno inny gatunek. Mój film to montaż zlewających się w jedno dni, z nałożonym szarym filtrem, aktorami ściągniętymi z podrzędnych seriali o tytule „Korporacja rok drugi!”. Scenariusz: Tommy Wiseau; reżyseria: Ed Wood.

Gdy zaczęłam pracę w korporacji, bardzo szybko do mnie dotarło, że „The Office” to nie sitcom, tylko dokument. To była bolesna lekcja. Zrozumcie dobrze sytuację i punkt, z którego wychodzę. Ja – świeżo upieczona absolwentka, ubrana w korporacyjne ciuchy, ale nastawiona optymistycznie. Co prawda nie rozumiem, co ci ludzie do mnie mówią. Nie rozumiem też, czym właściwie się zajmują, ale pracują w OGROMNEJ MIĘDZYNARODOWEJ KORPORACJI… więc na pewno robią coś odpowiedzialnego i ważnego, prawda? Tak myślałam do mojego pierwszego retro.

Pierwsze retro

Spotkanie ustawione na sześć godzin. Skład: managerowie, zespół ekspercki i do tego dyrektorzy jednostek. Jesteśmy w jednej z tych odpicowanych, przezroczystych nowych salek.

To, że pierwszą czynnością po wejściu było zaciągnięcie kotar, jeszcze mnie nie zdziwiło. Może mamy omawiać jakieś top secret informacje i lepiej żeby nikt nie zauważył? Ale gdy drugą najważniejszą rzeczą okazało się zamówienie lunchu, zaczęłam mieć pewne podejrzenia. Ale mówię sobie: dobra – myśl pozytywnie, zapisuj, zobaczymy może coś zrozumiesz z tego bełkotu (spoiler: nie zrozumiałam).

Najpierw o Kacperku

Siedzimy przy długim, białym stole. Naprzeciwko wielkiej białej tablicy, na niewygodnych białych krzesłach. Wszyscy gadają, klimatyzacja pompuje zimnie powietrze, a ja zastanawiam się, co tu do cholery robię?! Ponieważ właśnie minęło 40 minut, a ja słucham o wycieczce na Teneryfę, o tym że Kacperek ma katarek, że parking drogi… i wciąż nie poruszyliśmy żadnego biznesowego tematu.

Sticky to podstawa

Ale, proszę Państwa, w końcu nadszedł ten moment. W końcu! Jeden z managerów wysunął się z godnością ze swojego krzesła, stanął przy tablicy i z miną pełną wyższości oraz z nutką profesjonalizmu, oznajmił: „Kochani, myślę, że możemy na spokojnie zacząć, co prawda nie mamy wiele czasu, ale mam nadzieję, że pójdzie sprawnie. Będę fasilitatorem dzisiejszego retro. Czy wszyscy mają sticky notesy? Fantastycznie!”. Pierwsze zdanie a ja już się zgubiłam. Miałam ochotę wrócić do katarku Kacperka.

MAD, SAD i GLAD

Kiedy sticky notesy (kolorowe karteczki samoprzylepne) rozeszły się po sali, dowiedziałam się, że będziemy pracować techniką MAD, SAD i GLAD.

Mówiąc w dużym uproszczeniu, spędziłam około czterech godzin, biegając między stołem a tablicą przyklejając kolorowe kartki i rysując na nich kropki. Chyba miało to coś na celu. Podkreślam słowo „chyba”, bo do dziś nie mam pewności.

Więcej empatii

To spotkanie pamiętam wyraźnie, bo podsumowanie i konkluzja wyjaśniły mi bardzo dużo, jeśli chodzi o działanie korporacji.

Ten krótki moment, kiedy nasz fasilitator stanął dumnie i płynnym ruchem ręki wskazał na nas mówiąc: „Kochani, czyli wszyscy się zgodzimy, że po prostu musimy mieć dla siebie więcej empatii i lepiej się komunikować. Bardzo wam dziękuję, to było mega produktywne spotkanie! Komunikacja jest dla nas kluczowa i pozwoli nam lepiej realizować tegoroczne KPI”.

To był dokładnie piąty dzień mojej pracy. W tym momencie wiedziałam już wszystko, co musiałam. Ci ludzie pracują ze sobą od około pięciu lat i doszli do wniosku, że komunikacja jednak jest ważna – czy to nie piękne?

Błędne koło

Komunikacja jest kluczowa w korporacji. Trudno, żeby nie była. Każde stanowisko ma absurdalną nazwę, słownictwo to mix spolszczonych angielskich słówek, nomenklatury IT oraz wiecznie wyskakujących powiadomień z Teams.

Żeby skutecznie się po tym poruszać, uczysz się tych wszystkich wyrażeń jak nowego języka. Z jedną małą różnicą – kiedy opanujesz np.: angielski, to przynajmniej możesz to wpisać w CV, kiedy opanujesz korpobełkot, jedyne co osiągasz, to wskoczenie do błędnego koła komunikacji.

Działa to w bardzo prosty sposób: nie rozumiesz nic, potem zaczynasz łapać o co chodzi, w końcu mówisz w ich języku, aż dochodzisz do etapu, gdzie zaczynasz posługiwać się tym bełkotem poza korporacją. Koło się domyka. Możesz być w pełni rozumiany albo w szarym świecie openspace’ów, albo w prawdziwym świecie.

Rzut na neurony

Wiem, że część z was to czyta i myśli: „potrafię to oddzielić, panuję nad sytuacją” – nie! Uwierz mi, że nie. Bo korpobełkot wkrada się do twojego mózgu podstępnie, zagnieżdża się w zwojach, skacze po neuronach. I nagle: bum! Gratuluję, jesteś jak ja, kłócąca się z panią w przychodni.

To była normalna, typowa polska kłótnia. Do czasu. Dopóki z moich ust nie padły słowa: „Wie pani co? Nie eskalujmy tego konfliktu, bo to nic nie da! Pójdę pushować dziewczyny na recepcji i zobaczymy, okej?”. Mina tej kobiety. O Boże, ona nie wiedziała co się właśnie wydarzyło. Natomiast ja uświadomiłam sobie smutną prawdę. Jeśli chodzi o język, możesz wybrać świat korporacji albo ten prawdziwy.

Imigracja

Wybrałam prawdziwy, a w korpo jestem imigrantem na pobycie tymczasowym. Uczę się co ważniejszych zwrotów, bardziej rozumiem z kontekstu.

Aczkolwiek muszę szczerze przyznać, że to pierwsze retro naprawdę czegoś mnie nauczyło. Teraz, gdy kończę spotkanie, które ktoś robi tylko po to, żeby pokazać jak ciężko pracuje (albo że w ogóle pracuje), z uśmiechem na ustach, spokojem w oczach patrzę w kamerę i mówię: „Kochani, pamiętajcie komunikacja jest kluczowa. Świetnie, że to przegadaliśmy. Teraz lepiej rozumiem waszą perspektywę”.

Wnioski – brak, konsekwencje – brak. Koło toczy się dalej.

Kornelia Oleńska

Dodaj komentarz