Uciekinier z Mordoru

Jestem dobrej myśli

Anna Słocka mówi o sobie w żartach, że jest ładna, mądra i skromna. Prowadzi w Warszawie Klinikę Zdrowia i Urody Beauty Skin. Pomyśl na własną firmę pojawił się przypadkiem. Kiedy zaszła w ciążę została zwolniona z pracy w korporacji i szukała pomysłu na życie. Nie miała żadnego doświadczenia w branży beauty, ale wcześniej zajmowała się marketingiem i sprzedażą. Zaryzykowała i udało się!

Mirosław Mikulski: Skąd pomysł, żeby założyć własny gabinet medycyny estetycznej?

Anna Słocka: Kiedy pracowałam w korpo i zaszłam w ciążę, wiedziałam, że gdy urodzę już nie będę miała tam po co wracać. I rzeczywiście. Kadrowa stała z wypowiedzeniem z pracy pod klatką schodową do mojego mieszkania, choć ona była z Łodzi, a ja mieszkam w Warszawie. Takie były czasy: kobiety w ciąży były palone na stosach, jak czarownice. Dziś jest inaczej, ale proszę mi uwierzyć, że kiedyś tak było.

Stwierdziłam, że drugi raz nie chcę tego przeżywać. Szukałam pomysłu na życie i po urodzeniu dziecka postanowiłam założyć własną firmę. Prowadziłam wiele różnych biznesów i sprzedawałam różne produkty np. elektroniczne papierosy i to jako pierwsza w Polsce!

Cały czas szukałam jednak czegoś dla siebie, czegoś co mnie interesuje – i w końcu trafiłam do branży beauty. Muszę się pochwalić, że w 2007 roku jako pierwsza w Polsce zaczęłam przedłużać rzęsy.

Jak do tego doszło? Przypadek sprawił, że koleżanka z pracy wróciła ze Stanów z przedłużonymi rzęsami, a ja się nimi zachwyciłam i stwierdziłam, że też chciałabym takie mieć. Potem nawiązałam kontakt z amerykańskim partnerem, otworzyłam gabinet i zatrudniłam w nim osoby, które po przeszkoleniu zaczęły przedłużać rzęsy.

Czym zajmowała się pani w korporacji?

Marketingiem i sprzedażą bielizny oraz zabawek. Spędziłam w tej branży siedem lat. Jak widać zajmowałam się czymś zupełnie innym niż teraz, ale gdy ktoś się zna na marketingu i sprzedaży, to sprzeda wszystko.

Rzeczywiście wszystko poszło gładko?

Tak. Szybko zaczęły dzwonić klientki, które pytały mnie o inne usługi, więc postanowiłam rozszerzyć ofertę. Tak to się zaczęło. Potem zauważyłam, że na rynku dostępne są nowoczesne maszyny i technologie, a w Warszawie brakowało wielu zaawansowanych usług i trzeba było na nie czekać w długich kolejkach. Dzięki temu, że wcześniej pracowałam w marketingu i sprzedaży, bardzo łatwo poradziłam sobie z nowym wyzwaniem. Przez długi czas byliśmy jedyną firmą na rynku, która wykorzystywała tak nowoczesne technologie i wykonywała niektóre usługi. Potem dużo osób poszło naszym śladem i dziś na rynku dostępnych jest mnóstwo nowych technologii.

Oprócz kliniki urody prowadzę też inne firmy. Jedną z nich jest Medicana, pierwsza klinika konopna w Polsce, w której lekarze specjaliści zajmują się prowadzeniem terapii medyczną marihuaną. Robię to już od 15 lat. Obecnie nasza klinika urody na warszawskim Mordorze zajmuje 360 metrów kwadratowych, a w jednym miejscu jest 15 gabinetów.

Były momenty kryzysowe w rozwoju firmy?

Tak, to był czas pandemii COVIDu, kiedy wszystko było pozamykane. Były dwa lockdowny, a każdy trwał trzy miesiące. Były oczywiście dotacje rządowe dla firm, z których skorzystałam, ale pieniądze pojawiły się z opóźnieniem, a za czynsz i różne inne rzeczy trzeba było płacić regularnie. To dla wszystkich były bardzo trudne czasy. Kiedy już pojawiły się pieniądze, trzeba było je wydać na opłacenie rachunków i nie starczyło już na rozwój kliniki.

Jak to wygląda teraz?

Też nie jest łatwo. Prowadzenie firmy jeszcze nigdy nie było tak trudne, jak teraz. Kiedyś ogarnięcie wszystkich spraw księgowych i administracyjnych zajmowało mi pół dnia, maksymalnie jeden. Teraz w zasadzie zajmuję się tym cały czas, ponieważ jest bardzo dużo dokumentów do wypełnienia i przepisów, których trzeba przestrzegać. Prowadzenie tego wszystkiego jest bardzo trudne, bo dookoła działa wiele instytucji kontrolujących. O wszystkim trzeba pamiętać i cały czas wszystko sprawdzać i mieć pod kontrolą. Zamiast więc poświęcać swój czas na rozwój firmy, martwię się o to, czy na pewno dopełniłam wszystkich obowiązków.

Ile osób pani teraz zatrudnia?

Sześć kosmetolożek, do tego pracownicy biurowi, którzy mi pomagają w prowadzeniu firmy oraz lekarze. W sumie około 15-20 osób.

Łatwo nad tym wszystkim zapanować?

Z takim ADHD, jakie mam – tak! (śmiech). Poza tym nie robię tego sama. Mam specjalistę od marketingu, administracji, zarządzania gabinetem i od odbierania telefonów w recepcji.

Czy konkurencja na rynku jest duża?

Bardzo duża. W ciągu ostatnich lat rynek bardzo się zmienił i teraz już nie zajmujemy się tym od czego zaczynaliśmy czyli przedłużaniem rzęs.

Jak widzi pani przyszłość branży beauty?

Wiele osób myśli, że wystarczy, gdy zainwestują duże pieniądze i od razu osiągną sukces. Tak nie jest. Gabinety medycyny estetycznej otwierają się i zamykają każdego dnia. Jeśli nie zajmujemy się tym biznesem codziennie, nie wykonujemy małych, zwykłych rzeczy np. przelewów, czy nie ustalamy grafików, to nam się nie uda. Dla mnie jest to codzienność, uwielbiam to robić. Ten entuzjazm chyba słychać w moim głosie.

Skąd u pani tyle energii?

Naprawdę tego nie wiem. Chyba taka się urodziłam (śmiech).

Czy nie planuje pani przypadkiem rozpoczęcia kolejnej działalności?

Planuję i znów będzie to PWP, czyli pierwsza w Polsce (śmiech). Szczegółów na razie nie mogę zdradzić, ale to też będzie branża beauty. Coś jednak powiem.

Pamięta pan, kto najwięcej zarabiał podczas „gorączki złota” w XIX wieku? Nie ci, którzy szukali tego drogocennego kruszcu, ale ci, którzy sprzedawali im łopaty, sitka i inny sprzęt do poszukiwania złota. Zostanę więc sprzedawcą „sitek” dla branży beauty. W całej Polsce jest ok. 80 tys. salonów beauty i każdy potrzebuje tego, co będę sprzedawała. Jestem więc dobrej myśli, może dlatego, że jestem ładna, mądra i skromna (śmiech).

Rozmawiał Mirosław Mikulski

Dodaj komentarz