W Tajlandii należy uważać, aby Taj w wyniku naszego działania nie stracił twarzy. Tylko co to znaczy?
W ramach pielęgnowania relacji pewnego dnia jedna z kierowniczek dużego zespołu w firmie poczęstowała mnie deserem ryżowym. Akurat byłam tuż po obiedzie, więc odmówiłam. Khun Urasa zaproponowała jeszcze raz, a ja machnęłam ręką na znak, że nie mam ochoty. I wtedy zobaczyłam na jej twarzy głęboki zawód i dotarło do mnie, że postąpiłam bardzo źle.
Khun Urasa była starsza ode mnie stanowiskiem i wiekiem. Cieszyła się dużym poważaniem w firmie z racji wieloletniego doświadczenia. To, że chciała mnie czymkolwiek poczęstować, świadczyło o jej ogromnej uprzejmości wobec obcokrajowca. Cóż, nie udało mi się już tego odwrócić i Khun Urasa już nigdy więcej nie częstowała mnie jedzeniem. Wielokrotnie, gdy nasze oczy spotkały się przy okazji spotkań służbowych, odwracała wzrok z zakłopotaniem. Ta sytuacja może wydawać się mało znacząca, ale dla Taja równa się z utratą twarzy.
Po tej historii postanowiłam, że będę jadła wszystko, co dostanę od moich kolegów. W ten sposób zjadłam szaszłyki z kałamarnicami i ośmiornicami, których nie lubię, chipsy z alg (suszone bardzo słone algi, zdecydowanie nie mój smak), deser ze świeżego owocu durian oraz cukierki o smaku duriana, za którymi też nie przepadam. Zjadłam również coś w rodzaju rybnych chipsów (małe cienkie plastry ryby smażonej na głębokim oleju), strąki zielonej fasoli, czyli bardzo popularna tradycyjna tajska przekąska jedzona często po posiłkach, i smażone ryby przypominające… sito. Jadłam też różne ryżowe desery przypominające budyń lub galaretkę oraz smażone na głębokim oleju paski smażonych na głębokim oleju świńskich uszu. W jednej z tradycyjnych restauracji koledzy z pracy próbowali mnie namówić na zjedzenie fermentowanej ryby. Jest to ryba żyjąca w rzece Menam (Chao Phraya), która nadaje się do solenia i fermentowania. To rodzaj tradycyjnego przysmaku dziadków.
W Tajlandii należy uważać, aby Taj w wyniku naszego działania nie stracił twarzy. Tylko co to znaczy? To sytuacja, w której ktoś może poczuć, że zrobił lub powiedział coś nieodpowiedniego i nie wie jak wybrnąć. Kilka razy widziałam, jak spokojni i uśmiechnięci Tajowie wpadali w furię w kontakcie z obcokrajowcem. Wynika to z większej bezpośredniości ludzi zachodu.
Chociaż Tajowie dużo żartują z siebie i innych, to żart wypowiedziany w podobnym tonie, ale przez obcokrajowca może być źle zrozumiany. Tajowie nie znoszą również sprzeciwu i czegoś, co ludzie zachodu nazywają negocjacjami. Jeśli zostaniecie poproszeni o opuszczenie lokalu, a będziecie negocjować na zasadzie „jeszcze tylko pół godzinki”, to ze zdziwieniem może się okazać, że spokojna do tej pory barmanka wpadła w furię.
W Hua Hin po przybyciu do hostelu odebrałam klucze do pokoju, zostawiłam w nim bagaże i wyszłam na plażę. Po powrocie właścicielka zażądała ode mnie dopłaty za ten pokój. Pracownica na recepcji przez pomyłkę wydała mi klucz do droższego pokoju i chociaż nie była to moja wina, żądano ode mnie dopłaty. Wyszła z tego mała awantura, a moja spokojna prośba, aby po prostu dać mi pokój, który rezerwowałam, powodowała jeszcze większą wściekłość właścicielki. Według niej powinnam dopłacić i nie dyskutować.
W środowisku zawodowym wykonuje się polecenia, zadawanie pytań „a dlaczego” czy sugerowanie „a może lepiej zróbmy inaczej” może być źle odebrane.
(cdn)
Aleksandra Tabor
Fragment książki Aleksandry Tabor pt. „Tajlandia. Notatki z życia i pracy” – w której próbuje obalić kilka błędnych opinii o Tajlandii. Wydawnictwo BookEdit.

Dodaj komentarz