Korpotata

Krótka historia wielkich nadziei

Postanowienia noworoczne mają w sobie coś z jogurtu z krótką datą ważności. Na opakowaniu dumnie: nowe życie, nowy ja, forma życia, regularność, konsekwencja. A w środku — produkt, który psuje się szybciej, niż zdążymy zapamiętać hasło do kolejnej aplikacji. Postanowienia noworoczne statystycznie umierają gdzieś w okolicach 20 stycznia. Czasem osiemnastego, jeśli pogoda brzydka, a czasem już dwunastego, bo w sumie to jeden kebab nie robi różnicy.

Znamy ten schemat aż za dobrze. Styczeń zaczyna się od heroizmu. Nowy notes, nowa aplikacja do mierzenia wszystkiego — snu, kalorii, kroków, sensu życia. Przez kilka dni jesteśmy najlepszą wersją siebie. A potem przychodzi rzeczywistość, która ma w nosie nasze plany i harmonogramy. Praca, zmęczenie, życie. I nagle bieganie zamienia się w spacer do lodówki, dieta w zasłużony cheat meal, a nauka nowego języka w oglądanie serialu z napisami, co przecież też się liczy.

Dlatego w tym roku postanowiłem nie robić postanowień. Zero. Nic. Pustka. Zdałem się na flow upływającego czasu — niech przyniesie, co chce. Robię swoje rzeczy, dzień po dniu, bez fanfar i wielkich deklaracji. Pracuję, uczę się, czasem odpoczywam, czasem się obijam. Liczę na to, że suma tych małych, zwykłych dni i tak da jakiś efekt. Może mniej spektakularny, ale za to prawdziwy.

Być może brak postanowień to też kwestia wieku. Po czterdziestce człowiek traci złudzenia szybciej niż kondycję.

Wie już, że nowy rok nie przyniesie życiowej rewolucji, objawienia ani nagłego awansu duchowego. Najlepsze, na co można liczyć, to utrzymanie status quo. Żeby zdrowie nie siadło, plecy bolały trochę mniej, a świat nie przyspieszył jeszcze bardziej. I to wcale nie brzmi jak porażka. To brzmi jak realizm. A realizm, w przeciwieństwie do postanowień noworocznych, ma tę zaletę, że nie umiera 20 stycznia.

Piotr Krupa

Dodaj komentarz