Wywiad

Krzysztof Hołowczyc: Sztuką nie jest wygrywanie, sztuką jest przegrywanie

Podniesienie się po porażce, kiedy wszystko zrobiłeś najlepiej jak potrafisz, a i tak przegrałeś, jest sztuką. To właśnie jest siła, to buduje człowieka, pozwala mieć do siebie szacunek – mówi Krzysztof Hołowczyc.

Anna Gucwa: Odmrożono świat sportu, motosportu, dużo się dzieje. Proszę powiedzieć na czym się Pan najbardziej koncentruje?
Krzysztof Hołowczyc: We wrześniu rusza Puchar Świata FIA w rajdach terenowych Baja Poland. W tym roku najważniejszy rajd w Polsce. Zarezerwowałem super samochód, gotowy do zwycięstwa. Gdzieś tam po cichu, jak każdy sportowiec, marzę o stanięciu na podium. [rozmowa odbyła się w sierpniu – przyp. red.]

Koronawirus trochę spowolnił, ale nie zatrzymał treningów, przygotowań do startu?
Szczerze mówiąc wszyscy zastanawiamy się w jakiej będziemy formie, gdzie, kto co robił, jak trenował. Przyjadą zawodnicy z super maszynami, z super wynikami, doskonale przygotowani fizycznie, a może nie, bo np. ze względu na obostrzenia nie mieli szans na realizację odpowiednich treningów. Każdy z nas jest bardzo ciekaw, co się będzie działo.

W wielu wywiadach mówi Pan o powrocie do rajdu Dakar. Z czego wynika to pragnienie?
Dakar to pewien stan ducha, do którego chce się powrócić. Podczas rajdu ma miejsce rywalizacja na takim poziomie, gdzie dochodzi się do granic swoich możliwości albo je przekracza, gdzie zaczynam myśleć o tym, aby przeżyć. Gdy jesteś w grupie, która się ściga o wszystko, walczy o zwycięstwo, to tam nie ma czasu na zastanawianie się „a może trochę wolniej, bo będę miał wypadek”. Jedziesz cały czas na 100 procent, wykorzystujesz sprzęt i siebie. Pilot też daje z siebie wszystko. To proces, który doprowadzi do jednego: „zabij się, a wygraj.” I w Dakarze takie właśnie chwile się pojawiają.

To jest funkcjonowanie na granicy bólu, wytrzymałości, 50-60 stopni w kokpicie. Jak zadbać o siebie, o fizjologię?
To są te elementy, które mają wielkie znaczenie, a niełatwo o nich mówić. Czasem trzeba jechać w bólu, umieć sobie z nim radzić, ponieważ on się będzie pojawiał. W Dakarze kontuzje, nadwyrężenia kręgosłupa, obicia, otarcia – to wszystko jest na porządku dziennym. Przebywanie przez dwa tygodnie, dzień w dzień, w samochodzie, kiedy cały organizm jest wykorzystywany w 110 procentach, nie może obyć się bez bólu. Jest on częścią sportu i walczyć z nim jest ciężko. Nie da się jechać na środkach przeciwbólowych, organizm by tego nie wytrzymał. Trzeba nauczyć się żyć z bólem.

Był taki moment w Pana życiu, że Pan sam sobie ściągał asfalt z kolana?
Różne pomysły miałem. Jestem domorosłym chirurgiem. Kiedyś sam wbijałem sobie igłę w kolano, aby ściągnąć z niego płyn. Wiele dziwnych rzeczy robiłem. Od dziecka uważałem, że człowiek powinien sam sobie dawać radę z większością rzeczy. Niestety, czasami trzeba ukłonić się grzecznie lekarzowi i poprosić o pomoc.

Życie na granicy życia i śmierci. Czy był w Pana karierze moment, w którym Pan myślał STOP, już dalej nie mogę, nie dam rady?
Oczywiście. Złapałem się na tym, że w zasadzie 3.-4. dnia na Dakarze mówię: „Nie, wracam do domu, mam dość. Oni zrobili taką trasę, że chcą nas zabić. Co ja tu robię? Mam piękne życie, mam do czego wracać”.
Niestety, to jest coś takiego, co mam w sobie. To dusza wojownika, potrzeba bycia w miejscu, gdzie „gaśnie światło”, gdzie już nic nie ma. Bardzo lubię być blisko tego miejsca, w którym to ja decyduję, co będzie dalej. Lubię adrenalinę, ale bardziej moment, w którym jestem dla samego siebie kimś wyjątkowym, kto potraf przetrwać, przeżyć. Chodzi o dojście do tego momentu, kiedy jestem wyćwiczony do granic możliwości i zbliżam się do stanu, w którym już bardziej nie można. To jest obłędne uczucie panowania nad sobą, nad swoim ciałem, nad światem, nad sprzętem.

W rzeczywistości wszystko dzieje się bardzo szybko. Jak Pan uzyskuje to poczucie kontroli?
To jest stan, w którym nie jest potrzebna percepcja, staję się maszyną, łącznikiem między kierownicą a pedałami. Czuję się zrośnięty z samochodem. Czuję go. Mam poczucie więzi ze sprzętem, pilotem.

Skąd motywacja do wygrywania?
Największym marzeniem jest udowodnienie sobie, że jestem coś wart. Ważne dla mnie jest poczucie, jestem potrzebny ludziom, którzy są blisko mnie, w ekipie, że potrafię to robić. Jazda samochodem rajdowym to coś wyjątkowego. Jestem starszym panem, moment kiedy wsiadam do samochodu rajdowego totalnie mnie zmienia. Staję się innym człowiekiem, gotowym do poświęcania się w 100 procentach. Mogę opowiadać, że nie zależy mi na wyniku, ponieważ już swoje w życiu zrobiłem, ale pod spodem jestem zawsze wojownikiem, chcę stać na samym środku podium.

Czego Pan się boi?
Wielu rzeczy. Boję się sytuacji nad którymi nie jestem w stanie panować i mimo tego, że wszystko robię dobrze, nie mam na coś wpływu. Staram się tak tworzyć własne życie, aby nie martwić się rzeczami, nad którymi nie mam kontroli. Cenne jest dla mnie poczucie bycia tu i teraz, panowania nad sytuacją. Gdy lecę samolotem to się zastanawiam, czy ten pan pilot robi wszystko tak jak powinien, czy nie powinienem wejść do kokpitu i tego sprawdzić.

Co Pan robi kiedy ma Pan gorszy moment?
Jest taka dewiza Hołowczyca, którą bardzo lubię: „Jak nie wiesz co zrobić, to daj gaz”. Nie czekam grzecznie, może się coś zmieni, może będzie lepiej. Biorę sprawy w swoje ręce. Taką mam konstrukcję.

Porażka – czym dla Pana jest?
Porażki trzeba zamieniać na zwycięstwa. Kiedy przegram, to następnym razem chcę być jeszcze lepszy, dać z siebie jeszcze więcej. Mam zasadę: nie stawać do zawodów, kiedy nie jestem gotowy na zwycięstwo. Nie chcę przyjechać siódmy, dziesiąty i mówić sobie „ale wspaniale, będę w pierwszej dziesiątce”. Przegrana jest częścią sportu, trzeba mieć świadomość, że się przegrywa. Mój tata mawiał: „Synu nie sztuką jest wygrywać, sztuką jest przegrywać”. Dziwiłem się, ale potem zrozumiałem, że jest sztuką właśnie podniesienie się po porażce – kiedy wszystko zrobiłeś najlepiej jak potrafisz, a i tak przegrałeś. To właśnie jest siła, to buduje człowieka, pozwala mieć do siebie szacunek.

Co jest dla Pana ważne w budowaniu relacji z innymi ludźmi?
Był taki czas w moim życiu sportowym, kiedy myślałem tylko o zwycięstwie, nie o ludziach. W pewnym momencie zrozumiałem, że cenne jest po prostu pomaganie komuś, dawanie sympatii, czegoś dobrego. Bezwzględny drapieżnik, myślący o swoim sukcesie, zauważył innych ludzi – to było dla mnie wielkie odkrycie.
Pomogła mi w tym moja żona. Dzięki niej zauważyłem, że pomaganie jest wartością. Oboje uwielbiamy to robić. Widzę dziś siebie inaczej: nie per Hołowczyc Zwycięzca, ale Hołowczyc Człowiek – to jest mój nowy świat. Nie świat walki i rywalizacji, ale prostego życia. Ono jest wspaniałe.
Dziś dla mnie najpiękniejsze chwile to te, kiedy słońce wchodzi przez okno, siedzę ze swoimi córkami, przyjaciółmi, jem kanapkę, opowiadam o mniej ważnych rzeczach. To jest prawdziwe życie – odnalazłem je. To jest szczęście, być tu i teraz.

Jak Pan postrzega młode pokolenie – 20-30-latków?
Mam córkę dokładnie w takim wieku. Młodzi dziś zdobywają świat, szukają swojego miejsca na ziemi. Czasami czegoś, czego nie trzeba szukać.
Chciałbym im powiedzieć, aby myśleli o tym, żeby nie zgubić siebie, tego promyczka słońca, dzięki któremu warto żyć. Dzięki temu, że przeżywałem ciężkie chwile na Dakarze, odkryłem swoje człowieczeństwo. To nie zdobywanie jest sensem. Życie wśród rodziny, przyjaciół, ludzi – to jest najcenniejsze.

Jest Pan szczęśliwym małżonkiem, stworzył Pan wspaniałą rodzinę. Czy były takie momenty w Pana życiu, że musiał Pan wybierać?
Miałem szczęście. Moja żona też była zawodowym sportowcem. Potrafiła zrozumieć tego wilka, gotowego przegryźć krtań, aby wygrać. Ona wie jak mnie ogarnąć, wyzwalać we mnie człowieczeństwo. Mam świadomość, że jestem z tą kobietą tyle lat, że potrafimy się przyjaźnić, to niezwykły etap. Ona potrafi być moim prawdziwym przyjacielem, dobrze doradzić. Potrafiliśmy pogodzić wiele rzeczy. Mamy córki, zwierzęta, które kochamy, mamy małą córeczkę Antoninę, jesteśmy cały czas młodzi. To dzięki temu nasze życie jest prawdziwe, proste.

Za co Pan dziękuje kładąc się spać?
Zakładam, że wszystko jest po coś, ktoś mnie czegoś uczy. Jestem na takim etapie, że po prosu cieszę się życiem. Kiedy wstaję rano, cieszę się każdą chwilą, moimi gadżetami, kolejnymi rajdami. Pilnuję swojej aktywności fizycznej, dzięki czemu jest na bardzo dobrym poziomie. Cieszę się z tego, że w każdej sytuacji potrafię powstać.

Anna Gucwa – MG Training

Krzysztof Hołowczyc w czasie Rajdu Dakar 2015 /fot.: holek.pl/

Dodaj komentarz