W teorii feedback to piękne narzędzie rozwoju. W praktyce – często przypomina elegancką paczkę, w której zamiast prezentu znajdujemy coś, czego wolelibyśmy jednak nie rozpakowywać przy świadkach.
Bo przecież nie mówimy już „to jest słabe”. Mówimy: „widzę tu przestrzeń do optymalizacji”. Nie mówimy „zrobiłeś to źle”, tylko: „zastanówmy się, jak moglibyśmy podejść do tego inaczej w przyszłości”. A „to nie działa” zamienia się w „to ciekawy punkt wyjścia do dalszej pracy”.
Korporacyjna kultura feedbacku to osobny język. Taki, w którym każde zdanie zaczyna się od „doceniam”, a kończy na „ale”. I wszyscy wiedzą, że to, co jest po „ale”, to właśnie sedno sprawy.
Doceniam Twoje zaangażowanie, ale…
Świetna energia, ale…
Fajny kierunek, ale…
To „ale” ma w sobie więcej mocy niż cały wstęp.
Z jednej strony uczymy się, żeby nie ranić, żeby mówić miękko, konstruktywnie, „z troską o rozwój”. Z drugiej – każdy, kto choć raz siedział na rozmowie feedbackowej, wie, że potrafimy czytać między wierszami lepiej niż analityk Excela między kolumnami.
Najlepsze jest to, że wszyscy gramy w tę samą grę. Manager daje feedback w stylu „rozwojowym”, pracownik przyjmuje go z uśmiechem, a potem obie strony wychodzą z rozmowy z poczuciem, że właśnie wydarzyło się coś bardzo ważnego… choć nikt do końca nie powiedział wprost, o co chodziło.
Są też mistrzowie tej sztuki. Ludzie, którzy potrafią powiedzieć coś bardzo nieprzyjemnego w taki sposób, że przez chwilę nawet czujesz się zmotywowany. Dopiero po godzinie orientujesz się, że właściwie to był komunikat: „to nie było dobre”.
Ale działa to też w drugą stronę. Czasem ktoś chce powiedzieć coś pozytywnego, a wychodzi z tego komunikat tak zachowawczy, że brzmi jak pół-komplement. „Jest okej” w korporacyjnym słowniku często oznacza „nie mam się do czego przyczepić, ale nie wiem, czy powinienem chwalić”.
Problem polega na tym, że w tej całej grze formą, łatwo gubi się sens. Feedback miał być po to, żebyśmy wiedzieli, co robimy dobrze, a co warto poprawić. Tymczasem często kończy się na tym, że wszyscy wychodzą z rozmowy z głową pełną ładnych zdań i zerową jasnością.
Bo jeśli naprawdę chcemy, żeby ktoś się rozwinął, to musi wiedzieć, co konkretnie ma zrobić inaczej. A nie tylko, że „warto zastanowić się nad innym podejściem”.
Z drugiej strony – brutalna szczerość też nie jest rozwiązaniem. „To było beznadziejne” może i jest jasne, ale raczej nie buduje zaangażowania ani chęci do poprawy.
Może więc problemem nie jest sam feedback, tylko nasza obsesja na punkcie tego, żeby był „idealny”. Idealnie miękki, idealnie wyważony, idealnie opakowany. A przez to – często mało użyteczny.
Bo najlepszy feedback to nie ten, który brzmi dobrze. Tylko ten, po którym naprawdę wiesz, co robić dalej.
I może warto czasem zaryzykować mniej perfekcyjne zdanie, ale bardziej prawdziwe. Bez trzech warstw „doceniam”, bez akrobatyki językowej, bez korpomowy.
Bo – wbrew pozorom – większość ludzi nie potrzebuje perfekcyjnego feedbacku. Potrzebuje po prostu uczciwego.

Dodaj komentarz