Przez ostatnie lata firmy wydały sporo pieniędzy na to, żeby nauczyć nas pracować z domu. Teraz zastanawiają się, co zrobić, żebyśmy znów chcieli przychodzić do biura. Owocowe czwartki raczej tego problemu nie rozwiążą. Być może odpowiedź jest prostsza, niż sądzimy. Bo jest jedna rzecz, której Teams nadal nie potrafi zastąpić – wspólny stół.
Wtorek, godzina 12.47. Na Teamsach zielone kropki, w kalendarzu spotkanie za trzynaście minut, a na firmowym komunikatorze ktoś właśnie oznaczył wiadomość jako „pilne”. Typowy dzień w korporacji.
I wtedy pada jedno z ważniejszych pytań:
– Idziemy coś zjeść?
Nagle pięć osób, które od rana wymieniały się mailami i wiadomościami, siada razem przy stole. Bez agendy, prezentacji i słynnego „czy widzicie mój ekran?”. I paradoksalnie właśnie podczas tych trzydziestu minut może wydarzyć się więcej dla zespołu niż podczas kolejnego statusu.
Bo choć sposób, w jaki pracujemy, zmienił się radykalnie, jedno pozostaje zaskakująco niezmienne: ludzie nadal potrzebują ludzi.
Biuro już nie służy tylko do pracy
Model hybrydowy postawił przed firmami nowe pytanie. Jeżeli raport można napisać przy kuchennym stole, prezentację przygotować z kanapy, a spotkanie z klientem przeprowadzić online, to po co właściwie jechać do biura?
Coraz częściej odpowiedź brzmi: nie tylko po to, żeby pracować.
Do biura przychodzimy również po rozmowę przy ekspresie, szybkie „chodź, coś ci pokażę”, spotkanie osoby z marketingu z kimś z IT, wspólny lunch czy żart, którego nikt nie wpisze na oficjalnym kanale.
To właśnie tych drobnych interakcji najbardziej brakuje w świecie, w którym zespół może przez kilka dni funkcjonować niemal wyłącznie jako zbiór miniaturek na ekranie.
Dlatego zmienia się również funkcja samego biura. Z miejsca, w którym przede wszystkim wykonywało się pracę, coraz częściej staje się przestrzenią spotkania. A skoro już namawiamy ludzi, żeby przyjechali z różnych części miasta, warto dać im powód, żeby naprawdę chcieli spędzić ten dzień razem.
Jedzenie okazuje się jednym z najprostszych.
Culture happens between meetings
Możemy organizować warsztaty integracyjne, szkolenia, wyjazdy i kolejne spotkania pod hasłem „team building”. Tymczasem jeden z najstarszych sposobów budowania relacji pozostaje niezmienny od tysięcy lat: siadamy razem przy stole.
Przy lunchu hierarchia trochę się rozmywa. Manager przestaje na chwilę być managerem, junior juniorem, a człowiek z finansów osobą, która po raz trzeci odrzuciła nasz wniosek kosztowy.
Rozmawiamy.
O projekcie, ale też o wakacjach, dzieciach, serialach, korkach i tym, dlaczego ktoś po raz kolejny ustawił spotkanie na 8.30.
I właśnie z takich pozornie nieistotnych sytuacji powstaje coś, co później w prezentacjach HR nazywamy kulturą organizacyjną.
Wspólny lunch może więc być czymś więcej niż pracowniczym benefitem. Szczególnie w zespołach hybrydowych staje się pretekstem, żeby ludzie faktycznie pobyli ze sobą, a nie tylko pojawili się tego samego dnia przy biurkach.
HR chce fajnie, finanse chcą fakturę
Romantyczna wizja całego zespołu przy wspólnym stole kończy się jednak mniej więcej w chwili, kiedy ktoś musi ten stół zorganizować.
Ania jest weganką. Tomek nie je glutenu. Michał chce burgera. Ktoś jest na diecie. Zarząd przyjeżdża o 13.00. Klient jednak zostaje na lunch. A księgowość pyta, czy będzie faktura.
Office managerowie, asystenci i HR doskonale znają ten scenariusz.
Jeszcze ciekawiej robi się, gdy zamiast sześciu osób trzeba nakarmić trzydzieści, pięćdziesiąt albo cały dział podczas całodniowych warsztatów.
Dlatego zmienił się również rynek jedzenia dostarczanego do firm. Nie chodzi już wyłącznie o pizzę zamówioną spontanicznie w piątek. Jedzenie pojawia się podczas spotkań z klientami, konferencji, szkoleń, prezentacji, śniadań biznesowych i firmowych integracji. Coraz częściej musi też odpowiadać na bardzo różne potrzeby osób siedzących przy jednym stole.
Zanim aplikacje zaczęły wozić jedzenie
Ciekawą perspektywę na tę zmianę daje historia warszawskiego Room Service. Firma powstała ponad dwie dekady temu, kiedy zamawianie jedzenia wyglądało zupełnie inaczej niż dzisiaj.
Jej założyciele – bracia bliźniacy – po kilku latach spędzonych w Londynie wrócili do Warszawy i postanowili stworzyć biznes oparty na dostarczaniu dań z restauracji.
Problem? Rynek nie był jeszcze przekonany, że tego potrzebuje.
– Początkowo mieliśmy w ofercie kilkanaście restauracji. Internet nie był jeszcze tak powszechny, dlatego ofertę drukowaliśmy w kolorowym katalogu. Trudno było przekonać restauracje do współpracy. Niektórzy restauratorzy wręcz oburzali się, że ich wspaniałe dania będziemy wozić w plastikowych pudełkach – wspomina jeden z założycieli Room Service Jacek Bartniczak
Dzisiaj, gdy kilka kliknięć w telefonie wystarczy, aby obiad pojawił się pod drzwiami, brzmi to niemal jak opowieść z innej epoki. A przecież mówimy o stosunkowo niedawnej historii warszawskiej gastronomii.
Od początku twórcy Room Service postawili na dwa elementy: jakość restauracji oraz jakość obsługi. Ważną rolę odgrywało call center i doświadczeni kierowcy. Technologia zmieniła sposób składania zamówień, ale sama potrzeba – żeby dobre jedzenie dotarło na czas i w odpowiednim stanie – pozostała ta sama.
Dziś Room Service obsługuje zarówno klientów indywidualnych, jak i firmy. W przypadku tych drugich jedzenie można zamawiać na spotkania, szkolenia czy większe wydarzenia, a oferta obejmuje zarówno lunche, jak i finger food. Istotna jest też różnorodność restauracji i kuchni – bo współczesny firmowy stół musi pogodzić zdecydowanie więcej gustów niż kiedyś.
Nie każdy chce pizzę. I bardzo dobrze
To również ciekawa zmiana kulturowa.
Jeszcze kilkanaście lat temu hasło „firma stawia lunch” często oznaczało stos pudełek z pizzą. Dzisiaj przy jednym stole mogą spotkać się miłośnik burgerów, weganka, fan kuchni tajskiej i ktoś, kto najchętniej zamówiłby klasyczny polski obiad.
I może właśnie ta różnorodność jest najbardziej współczesnym elementem firmowego lunchu. Nie chodzi o to, żeby wszyscy jedli to samo. Chodzi o to, żeby jedli razem.
Z punktu widzenia firmy równie ważna jak menu staje się logistyka. Dostawa na określoną godzinę, możliwość obsługi większego zamówienia, różne formy płatności czy faktura brzmią zdecydowanie mniej romantycznie niż wspólny stół, ale każdy, kto choć raz organizował spotkanie dla kilkudziesięciu osób, wie, że właśnie od takich szczegółów zależy, czy lunch będzie integracją, czy początkiem kryzysu.
Najprostszy benefit?
Firmy od lat szukają sposobów na budowanie zaangażowania. Karty sportowe, platformy benefitowe, masaże, konsole, chill roomy, wyjazdy integracyjne – lista pomysłów jest długa.
Tymczasem być może warto przypomnieć sobie również o tych najprostszych.
Wspólny lunch nie sprawi oczywiście, że nagle znikną wszystkie problemy zespołu. Nie naprawi złego zarządzania i nie zastąpi dobrej kultury organizacyjnej. Może jednak stworzyć przestrzeń, w której ludzie zaczną ze sobą rozmawiać inaczej niż podczas półgodzinnego calla.
A w świecie pracy hybrydowej takie momenty zaczynają mieć coraz większą wartość.
Bo możemy mieć najszybszy internet, najlepsze komunikatory i najbardziej zaawansowane narzędzia AI. Możemy pracować z Warszawy, Londynu, działki na Mazurach albo kanapy w salonie.
Ale kiedy już spotykamy się naprawdę, nadal robimy dokładnie to samo, co ludzie robili na długo przed wynalezieniem Teamsów.
Siadamy razem przy stole.
I może właśnie dlatego najlepszy team building czasem zaczyna się od bardzo prostego pytania:
– To co dziś zamawiamy?
Po więcej szczegółów zapraszamy na https://roomservice.pl/



Dodaj komentarz