W procesie wychowania i socjalizacji, czyli budowania własnego systemu wartości, młodzi mężczyźni często uczeni są podobnych wzorców. W tej matrycy zwycięstwo gwarantuje szacunek, a słabości w radzeniu sobie z życiowymi wyzwaniami oznaczają ryzyko zbudowania wizerunku tego, który sobie nie radzi. Z takim „wdrukiem” budujemy przekonanie, że nasza wartość opiera się na wynikach, osiągnięciach i sukcesach, w skrócie – na czynnikach zewnętrznych.
Stereotypowa zasada: facet, który chce być prawdziwym mężczyzną, musi być silny, twardy i zaradny, wytłumić emocje i budować swoją wartość na czynnikach zewnętrznych. Jeżeli nie potrafisz sobie poradzić ze słabościami, to może coś jest nie tak.
Tyle teorii. W praktyce to zamknięta pętla pogoni za czymś, co na końcu i tak nie cieszy. Pogoń za sukcesem, mająca dać satysfakcję, poczucie spełnienia i sensu, kończy się jedynie rozczarowaniem i kolejną pogonią, złudną nadzieją, że jak podniesiemy poprzeczkę, to tam będzie jakoś lepiej.
Pułapka jedynego scenariusza
Wielu mężczyzn określa się poprzez osiągnięcia, majątek i karierę, przyjmując, że to jedyny właściwy scenariusz. To jest nasz wzorzec, wyrażający się w osiąganiu i zdobywaniu. Myślimy: „Gdy zarobię więcej, będę więcej warty, gdy zdobędę lepszą pracę, będę lepszy”. Ta lista życzeń jest nieskończona, ale w żadnym wypadku nie daje gwarancji podwyższenia poziomu zadowolenia z siebie, a tym bardziej stabilnego poczucia własnej wartości.
Kiedy sukcesu nie ma, rośnie poczucie wstydu i lęku, a spada samoocena, zbudowana właśnie na tych zewnętrznych czynnikach. Stąd męskie przyjemności, poza tymi związanymi z używkami, bazują na rywalizacji, wygrywaniu, pokazywaniu siły i sprawności. Sukces zawodowy, pieniądze, władza – to działa do czasu porażki, którą zwiastują wiek, wysoki poziom rywalizacji, choroby. To co mamy, działa jako zgubna korzyść, dając poczucie bycia zgodnym z wyidealizowanymi kryteriami męskości.
W ten sposób sami siebie wpędzamy w pułapkę życia „w przyszłości”, zwykle napakowanej lękami, zapominając o tym, że jedyne życie, jakie mamy, toczy się teraz.
Wielu z nas funkcjonuje jak dobrze naoliwione maszyny do produkcji i zaspokajania. Tylko czego właściwie? Wystarczy jednak jeden poważny kryzys – rozwód, utrata pracy, choroba – aby ta maszyna stanęła. I nagle, w obliczu postawionego pytania: „Co, jeśli się zatrzymam i rozejrzę dookoła?” , odkrywamy mentalną biedę. Okazuje się, że w środku jest morze niespełnionych emocjonalnych potrzeb: miłości, troski, opieki, bliskości. A te niemierzalne i nielogiczne kwestie zepchnęliśmy na półkę „rozwojowych poradników”.
Samotność w biegu
Ciągłe dążenie i bycie w ruchu prowadzi do przeciążenia, wypalenia i obniżonego nastroju. Poczucie wolności i sprawczości daje nam przekraczanie własnych granic, pobudzenie, w którym czujemy się sprawczy i niezależni. To niestety dość niebezpieczna sytuacja, która może powodować utratę poczucia sensu. Zamiast zajmować się sobą, pogłębiać świadomość, tworzymy tematy zastępcze: kontrolujemy innych, projektujemy na nich własne niechciane cechy, albo uciekamy w używki, sport, pracę.
Ciągłe tłumienie emocji i długotrwały stres to przepis na osłabienie odporności, zaburzenia przewodu pokarmowego, zaburzenia hormonalne, spadki nastroju i choroby serca. Pojawiają się zaburzenia lękowe i depresyjne. Co gorsza, mężczyźni zmagający się z zaburzeniami lękowymi i depresyjnymi doświadczają silnego wstydu z powodu poczucia, że ponieśli porażkę. Najczęściej zostają z tym sami, bo otoczenie, jak sądzą, oczekuje dowożenia tematów, a nie ckliwości czy refleksji.
Nasza psychika nie rozróżnia sukcesu zawodowego, sami nadajemy temu znaczenie, często pod wpływem zewnętrznych oczekiwać, wzorców, rodzinnych schematów. Jeśli czujemy, że ponieśliśmy porażkę w sferze, na której budowaliśmy całą swoją wartość (a tą sferą są właśnie osiągnięcia), to wstyd, złość, rozczarowanie i drastyczny spadek samooceny uderzają z pełną siłą. Nie uczono nas, jak ponieść porażkę, w odróżnieniu od tego, jak gonić za sukcesem. W rezultacie, zamiast szukać wsparcia, wzbudzamy szereg mechanizmów obronnych, które skutecznie odcinają od odczuwania, przekierowując uwagę na myślenie, działania i kontrolę.
Pytanie, które otwiera: jaki jestem?
Żeby poznać siebie, nie możemy wyprzeć tego, od czego działanie i sukcesy skutecznie nas odciągają. Dlatego kluczowe jest to pytanie: jaki jestem bez tych wszystkich zewnętrznych atrybutów?
Prawdziwa siła płynie z przeżywania tych doświadczeń w towarzystwie drugiego człowieka. Odwaga wymaga stabilnego poczucia własnej wartości, a do tego niezbędna jest umiejętność radzenia sobie z trudnymi emocjami, szczególnie z lękiem, wstydem i smutkiem.
Wszystkie trudne emocje i uczucia, które pojawiają się po drodze, potrzebują być zauważone, uznane i przeżyte. Możesz udawać, że lęku nie ma, zakryć go drwiną lub agresją, ale on i tak pozostanie. Odcięcie się od lęku wcale nie powoduje, że ta emocja przestaje w nas pracować. Przeżywanie i świadomość lęku, czy innych emocji, nie oznacza wcale, że jesteśmy mniej męscy. Proces budowania wartości przypomina remont starego, zaniedbanego domu. Najpierw trzeba odrestaurować wszystko, co jest niestabilne i przeszkadza – czyli pętlę pogoni za sukcesami, która była dla nas toksyczną miarą. Warto się zatrzymać i starać się uzyskać kontakt z prawdziwymi wewnętrznymi potrzebami, tęsknotami, a może i marzeniami. To, co najtrudniejsze, to przyznanie przed sobą, że może popełniamy błąd, że może nie jest to jedyna słuszna droga, a to wymaga dużej odwagi i tolerowania lęku, bo często niesie za sobą realne zmiany.
Nowa definicja siły – autentyczność
Wzmocnienie poczucia własnej wartości w dorosłości jest trudnym wyzwaniem. Jednak to jest niezbędne, jeśli na poważnie traktujemy temat wystarczająco dobrego życia.
Alternatywą jest autentyczność, czyli odsłonięcie się – najpierw przed sobą, a w kolejnym kroku przed innymi. Dla mężczyzn jest to często trudny krok, bo zobowiązuje do odkrycia cech, które nie wpisują się w kanon męskości. Nie ma tu przecież miejsca na przeżywanie rozpaczy czy przerażenia, które są częścią życia i w różnej skali przytrafiają się każdemu.
Jak to wpływa na bliskie relacje?
Mężczyzna akceptujący swoją wewnętrzną wartość wnosi do związku stabilność, która nie jest zależna od chwilowej porażki. Taka siła pozwala odpuszczać i wybierać te rzeczywiście ważne życiowe kwestie, dające poczucie szczęścia i zdrowia psychicznego.
Zwrócenie się o wsparcie do drugiej osoby, przeżywanie trudnych emocji i uczuć w towarzystwie innych, przyznanie przed sobą i pokazanie tego, że sobie z czymś nie radzę, to akt olbrzymiej odwagi. Męska wrażliwość nadal postrzegana jest bardziej jako odstępstwo od normy, niż coś pozostającego w zgodzie z naturalną energią mężczyzny. Aby poczuć się ze sobą dobrze i bezpiecznie, musimy zmienić to przekonanie i uznać, że nasze potrzeby emocjonalne są równie ważne, jak materialne czy potrzeby innych ludzi.
Otwarcie na bliskość i skontaktowanie się ze swoją wrażliwością to duża kategoria wyzwań. Ale tam jest nagroda, która rekompensuje trud – to lepsza jakość życia emocjonalnego i relacji – szczególnie tej z samym sobą.
Witek Janowski

Dodaj komentarz