Korpotata

Najgorsze to dryfować

Kończy się rok. Znowu. Ledwie człowiek mrugnął po sylwestrze, ledwie odkurzył brokat z dywanu i zapisał w notesie swoje bohaterskie postanowienia, a tu już zbliżają się święta. Te same święta, które przecież „dopiero co były”. Czas chyba bawi się w maratony, tylko nikt nas nie poinformował, że bierzemy w nich udział.

Pamiętam, jak w styczniu otwierałem nowy kalendarz z poczuciem, że tym razem to już naprawdę wszystko poukładam. No dobra, przynajmniej część. Kilka celów, parę ambitnych planów, nawet odręcznie napisałem listę priorytetów – żeby było „poważniej”. A teraz przeglądam ją i zastanawiam się, kiedy te miesiące właściwie minęły. Ktoś mi je ukradł czy po prostu przestałem zwracać uwagę?

Co ciekawe, im bliżej czterdziestki, tym częściej widzę wokół siebie ludzi, którzy zupełnie zrezygnowali z planowania. Jakby po przekroczeniu tej magicznej granicy odpalali tryb „stabilizacja”, który brzmi jak komunikat systemowy: Nie wprowadzać zmian. Nie kombinować. Nie ryzykować. Niby wygodne, ale trochę jak spanie w za małej pościeli – da się, tylko po co?

A może właśnie wtedy najbardziej potrzeba nowych planów? Wyzwań, które wyślą nas trochę poza strefę komfortu. Marzeń, które nie muszą być racjonalne, ale za to potrafią odpalić silnik, kiedy codzienność zaczyna chodzić na biegu jałowym. Bo najgorsze, co można zrobić, to dryfować – od poniedziałku do piątku, od świąt do świąt, od roku do roku.

Nie zrealizowałem większości tegorocznych postanowień. I wiecie co? Trudno. Zrobiłem krok naprzód. Może mały, może nieidealny, ale mój. A to wystarczy, żeby wierzyć, że w przyszłym roku zrobię kolejny.

Bo plany i marzenia są po to, żeby nas pchały do przodu. A jeśli dzięki nim odkryjemy w sobie coś nowego – tym lepiej. W końcu nigdy nie wiadomo, co czeka za rogiem, dopóki się tam nie pójdzie.

Piotr Krupa

Dodaj komentarz