Uciekinier z Mordoru

Nie bronimy głupich projektów

Jakub Kompa miał już dość pracy w korporacji. Chciał zajmować się czymś pożytecznym i mieć wpływ na rozwój miasta. Założył więc własną firmę i teraz, w przypadku kontrowersji przy nowych inwestycjach, prowadzi na zlecenie deweloperów mediacje z mieszkańcami i władzami samorządowymi. Ma to na celu polepszenie relacji inwestorów z mieszkańcami.

Mirosław Mikulski: Długo pan wytrzymał w Mordorze?

Jakub Kompa: Wydaje mi się, że spędziłem tam pół życia (śmiech). Przez wiele lat pracowałem w różnych korporacjach m.in.: w telewizji i w dużym wydawnictwie. Uważam, że to najlepsza szkoła życia. Takie doświadczenie pozwala zrozumieć, jak takie firmy funkcjonują, a dzięki temu potem łatwiej się z nimi współpracuje. Jest też ciemna strona tej pracy – korporacja wyciska z człowieka siły i energię. Nie ma się więc co dziwić, że po latach ludzie czują się wypaleni.

Dlaczego poczuł pan potrzebę zmiany?

Firmy były różne, ale pewne cechy miały wspólne – pracowałem od projektu do projektu. Jeden się kończył, a drugi zaczynał i wiadomo było, że ta gonitwa nigdy się nie skończy, bo nie może się skończyć. Druga rzecz, która mi zawsze doskwierała, to chęć maksymalizacji zysków. Można oczywiście awansować i mieć większą odpowiedzialność, ale to wiąże się z tym, że trzeba dociskać innych. To mnie męczyło, ale jeszcze ważniejsze było to, że w korporacji było dużo ograniczeń wewnętrznych i nie zawsze można było pracować w sposób optymalny.

Zajął się pan doradztwem przy inwestycjach mieszkaniowych. Teraz w imieniu inwestorów prowadzi pan mediacje z mieszkańcami i władzami samorządowymi w celu uniknięcia konfliktów. Skąd ten pomysł?

Jeszcze w korporacji zaangażowałem się w pracę dla stowarzyszenia „Lepszy Służewiec”. Tam zobaczyłem, jak można zmieniać miasto i poznałem drugą stronę medalu, czyli oczekiwania mieszkańców. To, jak myślą i jak działają. To wydało mi się bardzo ciekawe. Stwierdziłem, że więcej satysfakcji da mi robienie tego, co zostawi trwały ślad w świecie, niż kolejnego projektu, o którym po paru miesiącach wszyscy zapomną. Uznałem, że mam już tyle doświadczenia w pracy w korporacji, iż mogę wystartować z pomysłem na własny biznes.

Skoczył pan od razu na głęboką wodę czy łączył obie działalności?

Doszedłem do wniosku, że jak się mam w coś zaangażować, to na sto procent. Miałem przykład znajomych, którzy próbowali łączyć rożne aktywności i to się nie sprawdziło. Kiedy razem z kolegą doszliśmy do wniosku, że nasz pomysł ma sens, szybko złożyłem wypowiedzenie z pracy. Założyliśmy własną spółkę i przez pierwsze pół roku nie zarobiliśmy praktycznie nic… Zanim zdobyliśmy pierwsze zamówienia, które pozwoliły się nam utrzymać, miałem mnóstwo nieprzespanych nocy. Długo nie mieliśmy pewności, czy idziemy dobrą ścieżką.

Dlaczego się udało?

Po pierwsze wiedzieliśmy, że istnieje potrzeba tego typu działalności, bo inwestorzy nie radzą sobie w rozmowach z mieszkańcami, a mieszkańcy mają duży problem w rozmowach z deweloperami. Do tego dochodzi jeszcze trzecia strona, czyli władze dzielnicy bądź miasta. Te trzy podmioty decydują o tym się dzieje w mieście, a dialog między nimi jest źle prowadzony, albo go wcale nie ma. Stwierdziliśmy, że trzeba to zrobić porządnie. Wiedzieliśmy, że to jest potrzebne, bo takie mieliśmy doświadczenia ze stowarzyszenia „Lepszy Służewiec”. Wiedzieliśmy też, że mamy do tego kompetencje. Tu przydało się moje doświadczenie z korporacji. Dzięki niemu wiedziałem jak sformułować ofertę i przedstawić projekt, żeby zaufali nam deweloperzy. Gdybyśmy mówili tylko językiem społeczników i mieszkańców, to by się nam nie udało. Dzięki doświadczeniu z korporacji wiedzieliśmy też, jak funkcjonują budżety i kiedy się zgłosić z propozycją do dewelopera. Od pewnego czasu wszystko już niemal samo się kręci.

Często dochodzi do konfliktów między deweloperami i lokalną społecznością?

W zasadzie przy większości projektów. Tak naprawdę nie spotkaliśmy się z żadnym projektem, który przeszedłby bez jakiegoś problemu. Tylko od świadomości dewelopera zależy czy zaufa ekspertom, którzy to poprowadzą czy skorzysta z usług swoich prawników, bo to też się zdarza.

Do jak dziwnych sytuacji dochodzi, może świadczyć fakt, że kiedy powstawało przejście dla pieszych nad ulicą Marynarską w Warszawie, też było kilkanaście protestów! A wydawałoby się, że tego pomysłu nikt nie może skrytykować, bo jest ono bardzo potrzebne i skraca drogę dla pieszych z 950 do 50 metrów. To była bardzo potrzebna zmiana, ale ludzie pisali, że pieszym się w głowach poprzewracało, bo chcą wszędzie chodzić, a samochody staną w korkach. To pokazuje, że nie ma inwestycji, która nie wzbudza kontrowersji. Część winy ponoszą też sami deweloperzy, którzy często są odpowiedzialni za takie inwestycje, których trudno bronić.

Inwestorzy słuchają waszych rad i zmieniają projekty?

Tak, mamy na to spory wpływ, jeśli trafimy na odpowiedniego partnera. Jeśli ktoś się uprze i uważa, że jego projekt jest najlepszy i nie chce słuchać mieszkańców, to dla nas nie ma tam miejsca. Pierwsze, co mówimy, to że trzeba się zrozumieć i potraktować poważnie, nawet jeśli po drugiej stronie widać na początku bardzo antagonistyczne postawy. Jeszcze się nam nie zdarzyło, żeby nie dojść kompromisu, choć nie bierzemy też wszystkich zleceń. Nie chcemy bronić czegoś, co jest z gruntu złe. Jesteśmy społecznikami i chcemy żeby miasto rozwijało się w mądry sposób. A złych projektów jest sporo.

Etyka w biznesie jest więc ważna.

Nawet konieczna. Gdybyśmy bronili złych projektów, szybko stracilibyśmy wiarygodność. Przy tak niszowej działalności stać nas na to, żeby nie bronić projektów głupich, choć zawsze po tej drugiej stronie znajdą się tacy, którzy powiedzą, że się sprzedaliśmy, a zamiast osiedla powstanie tam getto. Z naszego doświadczenia wynika jednak, że kiedy inwestorzy są otwarci na dialog, to nawet niewielkie zmiany w projekcie, ale ważne dla lokalnej społeczności, sprawiają, że cały proces można przeprowadzić dużo łatwiej.

Jakie błędy najczęściej popełniają deweloperzy?

Próbują dyskutować z mieszkańcami jak z przeciwnikami, powołują się na przepisy prawne i mówią żargonem branżowym, którego nikt nie rozumie. Wtedy mieszkańcy są oburzeni. Do tego dochodzi traktowanie konsultacji jak uciążliwego obowiązku. My pokazujemy, że to nie jest przykra konieczność, ale możliwość lepszego dopasowania nieruchomości do tkanki miasta. Jeśli inwestor to zrozumie, a mieszkańcy poznają rzeczowe argumenty, to nie będą protestowali.

Musi pan być bardzo spokojnym człowiekiem?

Po paru latach pracy już tak (śmiech). Przez ten czas słyszałem tyle obelg pod moim adresem, że przestało to robić na mnie wrażenie, choć na początku bardzo się tym przejmowałem. Przyznam jednak, że czasami ciężko jest utrzymać nerwy na wodzy, zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z tłumem bardzo negatywnie nastawionych osób. My wiemy, jak to robić, bo mamy doświadczenie, ale jeżeli deweloper ma to zrobić sam, to istnieje duże ryzyko, że nie wytrzyma presji. Obrazi się, albo powie o dwa słowa za dużo.

Sądzę, że pracy dla pana chyba długo nie zabraknie?

Jeśli nic się nie zmieni, to raczej nie. My widzimy jednak naszą role trochę szerzej i chcielibyśmy mieć wpływ na rozmowy o kształtowaniu całych dzielnic, a nie tylko pojedynczych działek. To wymaga jednak zmian w prawie, ale moim zdaniem w tak istotnych sprawach mieszkańcy powinni mieć większy wpływ na decyzje władz miasta.

 

Mirosław Mikulski

Dodaj komentarz