Jedna z moich żelaznych zasad wychowawczych opiera się na przekonaniu, że dziecko to jednostka autonomiczna, oddzielny byt. Ma własne plany, marzenia, zdolności i braki. Moim zadaniem jest jedynie tę jednostkę jak najlepiej przygotować do pójścia w świat.
Wychodzę z założenia, że nie posiadam praw autorskich do jej wizerunku. Nie mam mandatu na wrzucanie jej zdjęć do sieci czy raportowanie sukcesów edukacyjnych na koniec roku. To jej życie i to ona powinna decydować, jaki content i kiedy chce upublicznić w przyszłości. Nie oczekuję też legendarnej szklanki wody na starość. Jeśli w przyszłości poda mi tę szklankę, przyjmę ją z przyjemnością, ale nie zamierzam wpędzać jej w poczucie winy, bo „tak musi i koniec”.
Kwestia prywatności jest dla mnie kluczowa. Nie wrzucam jej zdjęć na Facebooka, niech sama zadecyduje, jakie informacje o sobie chce ujawnić. Delikatnie pisząc, nie pochwalam również budowania biznesu na wizerunku dzieci. Fakt, że jesteśmy rodzicami tego małego człowieka, nie uprawnia nas do wykorzystywania go dla własnych celów zarobkowych. Przyznam, że będąc młodą fotografką i jednocześnie świeżo upieczoną mamą, wrzuciłam kilka zdjęć z pierwszych miesięcy jej życia. Na każdym szkoleniu fotograficznym o tym mówili: Ucz się na własnym dziecku! Było to jednak tak niespójne ze mną, że szybko je usunęłam.
Pomyślicie: „Chwileczkę, czy tutaj coś nie śmierdzi hipokryzją? Przecież ciągle o niej piszesz!”.
Właśnie. Tutaj pojawia się wątek mojego potencjalnego zakłamania. Czy ktoś mógłby użyć tych felietonów przeciwko niej tak samo jak zdjęć? Czy za kilka lat będzie się wstydzić tego, co matka o niej wypisuje?
Jak więc w tej rzeczywistości mam tworzyć felietony? Co prawda opisuję własne przemyślenia, ale są one przecież inspirowane tym, co nam się przydarza, tym, co ona przeżywa i czego doświadcza. Czy mam pomysł, jak to rozwiązać? Nie mam. Choć trochę oszukuję samą siebie, bo mój racjonalny mózg natychmiast znajduje mnóstwo usprawiedliwień: „Nie zamieszczasz świadectw z pełnymi danymi”, „Nie wrzucasz zdjęć z nocnikiem”.
Jak się mają te wymówki do moich moralnych przekonań o ochronie prywatności?
Gdzie leży granica między opisywaniem uroków rodzicielstwa a odzieraniem dziecka z intymności? Może to ja przesadzam? I tak jak my na rodzinnych spędach z zażenowaniem słuchaliśmy opowieści rodziców o naszych wpadkach z dzieciństwa, tak nasze dzieci będą z politowaniem patrzeć na nasz wall.
Nie mam gotowego rozwiązania tego wewnętrznego dylematu. Może ty, Drogi Czytelniku, masz jakąś radę, jak żyć z takimi przemyśleniami i nie zwariować?
Dorota Dabińska-Frydrych

Dodaj komentarz