Korpotata

Świat się wali. Ja nie muszę

Gdzieś między „pilne” a „natychmiast” zorientowałem się, że żyję w trybie ciągłego końca świata.

Świat kończył się średnio co godzinę, a ja – jak przystało na odpowiedzialnego obywatela – byłem na bieżąco. Wiedziałem, że jest źle, gorzej i najgorzej. Brakowało tylko komunikatu: „prosimy zapiąć pasy, katastrofa za 3…, 2…”.

I wtedy zrobiłem coś skrajnie nieodpowiedzialnego. Przestałem śledzić newsy.

Tak, wiem. W dzisiejszych czasach to jak wyjść z domu bez opinii. A przecież każdy porządny człowiek powinien mieć zdanie opinię o wszystkim – najlepiej natychmiast i w trzech wersjach: oburzonej, ironicznej i eksperckiej.

Od kilku miesięcy funkcjonuję jednak w trybie „może się dowiem, może nie”. I okazuje się, że to działa. Świat się nie zawalił (przynajmniej nie bardziej niż zwykle), a ja przestałem być ekspertem od wszystkiego, co dzieje się 500 kilometrów ode mnie i na co nie mam absolutnie żadnego wpływu.

Nie mam w domu kanałów informacyjnych. W samochodzie nie słucham radia. Portale newsowe odwiedzam raz dziennie, jak człowiek sprawdzający pogodę – żeby wiedzieć, czy brać parasol, a nie czy budować arkę.

Efekt? Spokój. Taki trochę podejrzany, bo nic nie krzyczy, nic nie miga, nikt nie informuje, że „to już naprawdę ostatni moment”.

Zamiast tego mam czas na rzeczy, które nie wymagają czerwonego paska na dole ekranu: trening, pracę, książki.

Największym odkryciem było jednak to, że świat bez mojej bieżącej uwagi radzi sobie całkiem nieźle. Politycy nadal mówią, eksperci nadal analizują, a ceny nadal rosną – tylko ja nie przeżywam tego pięć razy dziennie.

Więc jeśli ktoś pyta, dlaczego nie warto śledzić newsów – odpowiadam: warto, jeśli lubisz mieć w głowie permanentny trailer katastrofy. Jeśli nie, zawsze możesz spróbować wersji bez dźwięku.

Uprzedzam tylko: robi się zaskakująco normalnie.

Dodaj komentarz