Najnowsze wydanie

Tworząc odzieżowe Ferrari

Aleksander Mazanek przez całe zawodowe życie związany był z branżą samochodową. Został nawet kierownikiem sprzedaży marki Ferrari. Zrezygnował jednak z finansowego komfortu pracy w korporacji i razem ze wspólniczką założył firmę odzieżową. Teraz produkuje i sprzedaje szlafroki, piżamy oraz wysokogatunkową bieliznę „Endorfinella”.

Mirosław Mikulski: Skąd pomysł, żeby zająć się modą?

Aleksander Mazanek: Zadecydował przypadek. Kilka lat temu rozmawiałem ze swoją wieloletnią przyjaciółką, a obecne wspólniczką, o pomysłach na biznes. W trakcie rozmowy powiedziała, że chciała kupić dla siebie ładny, długi szlafrok i nigdzie w internecie nie mogła go znaleźć. Nie chciało mi się w to wierzyć, więc zacząłem szukać. Okazało się, że miała rację. Takie, które nam się spodobały robiły tyko dwie firmy – jedna z Łotwy, a druga z Australii.

Zawsze mieliśmy otwarte głowy i stwierdziliśmy, że jeśli czegoś nie ma, to należy to zrobić. Dosłownie w ułamku sekundy zaczęliśmy szukać, jak się takie rzeczy szyje i z czego. Z perspektyw czasu wiem, że to był skok na głęboką wodę. Zupełnie nie wiedzieliśmy co to za branża i jak taka firma powinna funkcjonować. Wiedzieliśmy tylko, bo wynieśliśmy to z naszych wcześniejszych doświadczeń zawodowych, że produkt ma być premium, a obsługa klienta na najwyższym, niespotykanym gdzie indziej poziomie.

Miał pan wcześniej styczność z przemysłem odzieżowym?

Nie, przez cale swoje zawodowe życie pracowałem w branży motoryzacyjnej. Zacząłem w roku 2008, a nasza firma odzieżowa zaczęła działać w 2016 roku i przez kilka lat łączyłem oba zajęcia. Zaczynałem w Audi, a potem przeszedłem do Ferrari, gdzie byłem odpowiedzialny za sprzedaż w jednym z dwóch salonów tej firmy w Polsce. Tam miałem okazję poznać nieprawdopodobny model biznesowy i marketingowy jaki ta firma stworzyła pobudzając chęć, a w zasadzie pragnienie posiadania ich samochodów. Nie ma chyba drugiej takiej marki na świecie. Jestem dumny z tego, że mogłem być niewielkim trybikiem całej tej układanki.

Miał pan okazję usiąść za kierownicą tego cudu techniki?

Oczywiście i to nie raz, w końcu byłem szefem sprzedaży. Miałem przyjemność pojeździć nim na zwykłej drodze i na torze. Od lat szalenie interesuję się samochodami i praca dla Ferrari była spełnieniem moich marzeń. Założenie firmy odzieżowej początkowo było pomysłem na „drugą nogę”. Myślałem, że założę mały sklep internetowy z bielizną nocną i będę się tym zajmował po pracy.

Wiele osób dałoby sobie odciąć ręką, że móc pracować w Ferrari. Dlaczego pan z tego zrezygnował?

Dostałem propozycję powrotu do Audi i zarządzania doskonałym działem handlowym. Była ona szalenie atrakcyjna pod względem finansowym. Długo się nad tym zastanawiałem i podjąłem decyzję o powrocie, ale był to także moment kiedy nasz biznes odzieżowy zaczął przyspieszać.

Przez pierwsze trzy lata sprzedawaliśmy po kilkaset sztuk odzieży w ciągu roku. Większość polskich marek odzieżowych zaczyna od sprzedaży w internecie, my zrobiliśmy inaczej. Najpierw wstawiliśmy nasz towar w komis do dwóch bardzo dobrych sklepów z bielizną, a potem pojechaliśmy na targi branżowe do Łodzi. Tam zyskaliśmy zamówienia od pierwszych siedemnastu sklepów z bielizną w Polsce. Okazało się, że nasz produkt się spodobał i zaczął się sprzedawać, a zamówienia szybko rosły. W roku 2019 roku doszliśmy do siedemdziesięciu sklepów w Polsce i pięciu zagranicą.

Kiedy był punkt zwrotny?

W roku 2020 kiedy wybuchła pandemia, to przyspieszyło nasz rozwój. Ludzie zostali zamknięci w domach i zamiast w garniturach czy garsonkach zaczęli chodzić w dresach i pidżamach. Pod koniec tego roku doszliśmy do takiego momentu, że moja wspólniczka zrezygnowała z etatu i zajęła się tylko naszą firmą. Dla mnie praca w dwóch miejscach stała się bardzo trudna, zwłaszcza, że miałem już dwoje dzieci. Spędzałem osiem, dziesięć godzin w salonie samochodowym, a wieczorami jeździłem do swojej firmy gdzie dalej pracowałem do późnej nocy.

Wyjście ze strefy komfortu, czyli pracy w korpo, było jednak bardzo trudne. Tam były dobre zarobki, samochód służbowy i wszystko to, co łączy się z pracą w dobrej firmie o ugruntowanej pozycji na rynku. Wiedziałem jednak, że muszę zrobić krok w którąś ze stron. Długo nad tym myślałem i w końcu stwierdziłem, że trzeba zaryzykować, i pójść w kierunku swojego biznesu. Zawsze mówiłem, że kto nie ryzykuje ten nie pije szampana. A ja lubię szampana…

Gdzie wytwarzacie wasze produkty?

Wszystko projektujemy i szyjemy w Polsce. Współpracujemy z trzema szwalniami i w dużej części korzystamy z polskich materiałów. Postawiliśmy sobie za cel, żeby nie robić masówki. Przestrzegamy też zasad zrównoważonego rozwoju i odpowiedzialnej produkcji. Szyjemy w lokalnych szwalniach, a nie w Bangladeszu, gdzie dzieci pracują za dolara dziennie. Korzystamy też z certyfikowanych materiałów, a osoby, które dla nas szyją w polskich firmach, są zatrudnione w godnych warunkach. Wszystko jest tak, jak być powinno.

Jak teraz wygląda wasz biznes?

Mamy już ponad 220 sklepów partnerskich w czternastu krajach – od USA, przez Liban, kraje europejskie i Islandię, na Hondurasie kończąc. Założyliśmy, że będziemy sprzedawać tylko tyle produktów, ile jesteśmy w stanie wyprodukować przy zachowaniu tej samej najwyższej jakości. To nasza złota zasada, której na pewno nie złamiemy. Nie chcielibyśmy, żeby szybki zysk nas skusił i żebyśmy nagle zaczęli szyć gdzieś na Dalekim Wschodzie.

Oczywiście byłoby dużo taniej, ale w przypadku drogich produktów, a nasze piżamy kosztują 250-400 zł, a te z naturalnego jedwabiu nawet powyżej dwóch tysięcy, ich odbiorca jest świadomy tego co kupuje. Chciałby wiedzieć, czy wszystkie aspekty środowiskowo-etyczne są przez nas przestrzegana i produkt jest wytwarzany zgodnie z wartościami, które są wyznawane przez niego (i nas). Gdybyśmy szyli poza Polską, mielibyśmy trzykrotnie większe marże, ale nie wiem, czy znaleźlibyśmy na to klientów w takiej ilości jak teraz.

Czy to się opłaca?

Nie ukrywam, że to krew, pot i łzy. Wszystko to, co w Mordorze jest elementem, o którym się nie myśli, tu trzeba samemu zaplanować i wdrożyć – od opłacania podatków, ZUS-u, przez zatrudnienie, wdrożenie i zarządzanie pracownikami, aż po kupno samochodu i sprzętu do pracy czy zapewnienie opieki medycznej, za którą trzeba samemu zapłacić. A po drodze pojawia się cała masa błędów – jedne są mniej, a inne bardziej kosztowne.

Czy to się opłaca? Dla zaspokojenia ambicja na pewno tak, bo budujemy własną markę, która jest się rozwija. A w sensie finansowym, trzy lata po odejściu z korporacji? Jeszcze nie zarabiam tyle, ile zarabiałem kiedyś, ale jestem panem własnego czasu (przynajmniej teoretycznie, bo pracuję nie mniej, a może i więcej, niż kiedyś). Nie jestem trybikiem wielkiej machiny, na którą nie mam wielkiego wpływu i w niedzielny wieczór czuję wielką ekscytację z tego powodu, że nadchodzi nowy tydzień.

Trzeba jednak jasno powiedzieć: nie stworzyłbym tego, co robimy, bez doświadczeń w poprzednich firmach, które były naprawdę liderami na rynku. Doświadczenia zdobyte tam i ludzie, których poznałem i od których się uczyłem, są czymś dla mnie bezcennym.

Jakie są wasze cele na następne lata?

Chcemy zdywersyfikować linię naszych produktów. Do oferty wprowadzamy – obok odzieży nocnej i domowej – także taką do noszenia na zewnątrz. Stało się to dzięki sugestiom naszych klientek, które wielokrotnie nam mówiły, iż nasze piżamy są tak fajne, że chodzą w ich topach po ulicach, a w kimonach po plaży. To nas zainspirowało do tego, żeby przygotować rzeczy do noszenia na zewnątrz. Pierwsze już za kilka dni pojawią się w naszym sklepie online.

Drugi cel to doskonalenie produktów i zwiększanie sprzedaży. Staramy się dopieszczać klientów zarówno zróżnicowanymi produktami, jak i topową jakością obsługi, bo widzimy, że dzięki temu oni do nas wracają. W ubiegłym roku w naszym sklepie internetowym mieliśmy 24 proc. osób wracających, czyli prawie ¼ klientów kupiła u nas kolejną rzecz.

Jesteśmy też pierwszą firmą która szyje bieliznę nocną na miarę i chcemy rozwijać również ten kierunek.

Chcemy żeby nasi klienci do nas wracali i ubierali się w nasze produkty od stóp do głów. Będziemy ich ciągle zaskakiwali, żeby wzbudzać w nich chęć oczekiwania na to, co pokażemy.

Mirosław Mikulski

Dodaj komentarz