Wywiad

WIBOR musi odejść

Być może w okolicach jesieni 2023 r. inflacja spadnie do poziomu 9 proc., jest też pewna szansa, że cel 2,5 proc. może osiągnąć w końcu roku 2025. Niestety, rząd rozdaje pieniądze wszystkim, co nie sprzyja wyhamowaniu wzrostu cen. Natomiast wskaźnik WIBOR, na podstawie którego jest ustalane oprocentowanie kredytów, powinien jak najszybciej zostać zastąpiony przez WIRD – mówi prof. Marian Noga, ekonomista, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu i były członek Rady Polityki Pieniężnej.

Maciej Wełyczko: Panie profesorze, spotykamy się ostatnio tuż po kolejnych odczytach inflacji, z których każdy jest kolejnych rekordem od co najmniej dwóch dekad. A mieliśmy już odetchnąć spokojnie na zapowiadanym przez prezesa NBP „płaskowyżu”. Zaskakuje Pana ta sytuacja?

Marian Noga: Tylko co do poziomu inflacji, a nie samego jej wzrostu. Od dawna mówiłem, iż żadnego płaskowyżu latem czy we wrześniu nie powinniśmy spodziewać – i miałem, niestety, rację. Nie wynika to z tego, że jestem taki mądry, tylko z uważnej lektury raportu o inflacji Narodowego Banku Polskiego. To te same dane, którymi dysponuje pan prezes Adam Glapiński. A w raporcie tym jest napisane czarno na białym, że szczyt inflacji nastąpić ma w I kwartale 2023 r. i wynieść 18,8 proc. Problem jednak w tym, iż w analizie tej założono bardzo niskie, nierealistyczne podwyżki cen energii elektrycznej. Możemy się więc spodziewać inflacji na poziomie 20-21 proc. A ewentualnego jej spadku może w okolicach kwietnia.

Ale spadku inflacji nie należy tu utożsamiać ze spadkiem wzrostu cen – przyrost samej inflacji spowolni w skutek tzw. efektu bazy, czyli porównania do bardzo już wysokich cen z tego roku.
Być może w okolicach jesieni 2023 r. inflacja spadnie do poziomu 9 proc. Ale będzie to zjazd z okolic 21 a może i 23 proc.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy policzył naszą średnioroczną inflację swoją metodą – 14,5 proc. na ten rok, a na przyszły niecałe 14 proc.

Czy grozi nam hiperinflacja?

Nie. Hiperinflacja nam nie grozi. Między innymi właśnie z powodu efektu bazy. Ale zagrożeniem jest co innego. W ustawie o NBP mowa jest o tym, że RPP powinna sprowadzić rzeczywistą inflację do celu – czyli 2,5 proc. w średnim okresie – a „średni okres” w świecie finansów oznacza „dwa lata”. A to jest niemożliwe.

Kiedy Pana zdaniem to się uda?

Najwcześniej w końcu roku 2025, czyli za ponad trzy lata – choć wielu nie wierzy nawet w to. Jest to wariant realistyczny i optymistyczny zarazem. Zakładamy, że nic gorszego niż mamy, już się nie wydarzy na świecie. Rynki, gospodarki, państwa, my sami wreszcie dostosujemy się do sytuacji – w świecie ekonomii nazywamy to akomodacją – więc jeśli nie dojdzie do nowej wojny lub podobnego kataklizmu, inflacja z czasem spadnie.

W mediach i w ustach polityków często pojawia się opinia, że inflacja bije przede wszystkim w biednych. Jak wygląda to z punktu widzenia ekonomii?

Wzrostu przeciętnego poziomu cen uderza mocniej w biednych z kilku względów. Jeśli mamy inflację na poziomie 18 proc., to jest tak, jakbyśmy wszyscy w roku nie dostali dwóch pensji – jedni dużych, drudzy minimalnych.

Rząd, który mamy, wierząc w przytoczoną przez Pana maksymę, popełnia fatalny błąd, rozdając pieniądze wszystkim – choć nie chwali się publicznie dawaniem pieniędzy bogaczom. Ale tak właśnie jest. A wystarczy odpowiednio ustalić progi i pomagać np. tym zarabiającym w okolicach minimalnej płacy lub emerytury. Można by wtedy taką pomoc nazwać „dodatkiem drożyźnianym”.

Weźmy teraz bardzo prosty przykład: dotujemy produkcję mleka, bo jest potrzebne dla zdrowia i dla dzieci. Jeśli milioner kupuje je w sklepie jest również dotowany, choć jest mu to zupełnie niepotrzebne. A wystarczy wychwycić grupy potrzebujące wsparcia i dać im dodatek do mleka – przy dzisiejszej technice to żaden problem.

Rozdawanie wszystkim po równo spowalnia walkę z inflacją nawet o rok – i w efekcie obraca się przeciwko osobom najmniej zamożnym. Ale hamowanie inflacji wymaga współpracy, słuchania ekspertów, dogadywania się banku centralnego z rządem, krótko mówiąc – zachowań profesjonalnych. A tego, niestety, nie widzę.

Kolejna popularna dziennikarska mądrość głosi, że rządowi inflacja jest poniekąd na rękę, gdyż zwiększa wpływy budżetowe…

Znam to. Oczywiście – rośnie inflacja, więc rośnie i VAT. Takie są fakty. Ale rosną również koszty. Na przykład nakłady na służbę zdrowia, inwestycje, pracowników żądających wyższych płac. Kij ma więc dwa końce. Ale można pochwalić się na konferencji prasowej, jak bardzo wzrosły nasze przychody budżetowe. Spodziewam się, że przy okazji wyborów zobaczymy sporo takich socjotechnicznych zabiegów.

Jaką rolę w tłumieniu inflacji odgrywają stopy procentowe?

Ich rola jest bardzo znacząca, jeśli chodzi o wypływ pieniądza na rynek. Gdy podwyższamy podstawową stopę referencyjną, a na niej oparte jest oprocentowanie kredytów, to pomijając już efekt zniechęcania, wiele osób i podmiotów traci zdolność kredytową. Pieniądza na rynek trafia więc mniej.

Społeczeństwo ma nikłą świadomość, czym w istocie jest stopa referencyjna – jest to po prostu oprocentowanie 7-dniowego papieru wartościowego NBP. A jeśli mamy nadpłynność sektora bankowego – nie waham się tego powiedzieć – na poziomie 300 mld zł., to jasne jest, że banki zamiast pożyczać ludziom na niepewnych warunkach, idą do NBP i kupują te bony oprocentowane obecnie na 6,75 proc. W efekcie pieniądze nie trafiają na rynek, co sprzyja tłumieniu inflacji.

Wzrost stóp procentowych przekłada się również boleśnie na posiadaczy złotówkowych kredytów hipotecznych. W tym kontekście coraz częściej mówi się o konieczności odejścia od kluczowego dla tego rynku wskaźnika WIBOR. Czy jest to możliwe?

To jest bardzo ciekawa i ważna sprawa. Mówimy przecież o sytuacji w kraju z olbrzymim niedoborem mieszkań, szacowanym na 2-3 mln. lokali. Napisałem na ten temat obszerną analizę. Opieranie kredytu hipotecznego udzielonego na 20-30 lat na wskaźniku WIBOR, który ustalany jest na miesiąc, sześć miesięcy lub najdłużej na rok, jest konstrukcją bardzo dziwną, która zdecydowanie mi się nie podoba.

Dlaczego?

Z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze, oprocentowanie takiego wieloletniego kredytu oparte jest na krótkoterminowym instrumencie finansowym. Po drugie, WIBOR jest oprocentowaniem kredytów na rynku międzybankowym. Ale od dłuższego czasu na tym rynku nie ma żadnych operacji, jest to rynek całkowicie sztuczny. NBP pyta banki, po ile te pożyczyłyby pieniądze innym bankom, ale nie ma tu żadnych realnych operacji! Odpowiedzi są uśredniane, skrajne odrzucane itd.
Banki oczywiście patrzą stale na stopę referencyjną, o której już rozmawialiśmy. Korelacja wynosi tu ponad 80 proc.

O ile więc LIBOR, czyli kredyty we frankach, dolarach, funtach jest oparty na deklarowanym (a nie rzeczywistym) oprocentowaniu – jest to wyraźnie deklarowane w konstrukcji tego wskaźnika. Tymczasem WIBOR deklaruje, iż opiera się na danych rzeczywistych. A tych nie ma. Choć jest tam pewne zabezpieczenie w postaci tzw. kaskady danych – jeśli nie ma danych rzeczywistych, podajemy deklarowane. A wskaźniki deklarowane są podatne na różne manipulacje.

Jak wiadomo, od 1 stycznia nie będzie już LIBOR-u. W jego miejsce pojawią się trzy wskaźniki dedykowane różnym walutom. WIBOR także musi zostać wycofany w sylwestra! Nie widzę innej możliwości.

Co to oznacza w praktyce?

Konieczność przejścia na taki wskaźnik, który będzie oparty na rzeczywistych transakcjach, a nie na manipulacjach. Taki wskaźnik istnieje – nazywa się WIRD. Warszawski Indeks Rynku Depozytowego. Wskaźnik ten jest właśnie konstruowany, ale kluczowa operacja, na której się opiera, wykonywana jest w Polsce od ponad 20 lat – mówię o krótkoterminowym deponowaniu przez banki pieniędzy na kontach NBP. To są operacje o skali wielu miliardów złotych dziennie.

Na czym z punktu widzenia zwykłego kredytobiorcy polega wyższość wskaźnika WIRD nad WIBOR?

Kluczowa sprawa – na odwróceniu całej logiki: proszę mi pokazać bank, który chce więcej płacić za depozyt? Krótko mówiąc, kredytobiorcy hipoteczni mogą na tym zyskać nawet dwa procent – a jeden na pewno. Po drugie, można mieć nadzieję na korzystną dla kredytobiorców tendencję w oprocentowaniu. Dlatego odejście od wskaźnika WIBOR jest tak ważne – jestem w tej sprawie optymistą.

Dziękuję za rozmowę.

Maciej Wełyczko

Dodaj komentarz