Korpotata

Wiosno przyjdź

Z zimą jest trochę jak z wizytą dalekich krewnych. Przyjemnie spędza się z nimi czas przez jeden, dwa dni, ale potem ich towarzystwo staje się męczące. Zawsze nie lubiłem tej pory roku. Ciemno, zimno, ślisko, depresja i marazm. Nigdy nie zrozumiem osoby, która mi powie, że uwielbia zimę. Dla mnie jest to równoznaczne ze stwierdzeniem, że ze wszystkich piłkarskich lig na świecie, ktoś najbardziej lubi ligę polską.
Od kiedy zostałem rodzicem, a mój kochany synek zaczął uczęszczać najpierw do żłobka, a potem przedszkola, to nienawiść do zimy urosła do tego stopnia, że zabrakło dla niej skali na polskim mierniku nienawiści.
Gdy tylko temperatura spada w okolice zera, stajemy się z małżonką wyjątkowo czujni. Wszystko przez wirusy i bakterie, które oznaczają chorobę, która z kolei oznacza siedzenie w domu. A to wiąże się ze zwolnieniem, które przekłada się na zaległości w pracy, a te znowu wpływają negatywnie na samopoczucie, które i tak jest zdewastowane przez okrutną zimę.

Do pierwszej choroby w naszej rodzinie panuje względny spokój i żyjemy normalnie. Chociaż zdarza się nam czasem wybiec ze sklepu zostawiając wózek pełen zakupów, bo przy stoisku z warzywami usłyszeliśmy dwa kichnięcia i kaszlnięcie. Wiadomo: profilaktyka to podstawa. Dlatego lecimy szybko do domu i rzucamy się do szafki z lekarstwami po syrop na odporność, „psikacz” do gardła zabijający zarazki, syrop przeciwzapalny i stos witamin. Do tego szybka zmiana odzieży wierzchniej. Kiedyś chcieliśmy nawet te skażone ubrania palić, ale nie mamy za bardzo gdzie, no i dosyć szybko skończyłaby się nam garderoba dla młodego.

W takim modelu prewencji trwamy przez pierwsze tygodnie zimy. Nic się nie dzieje, a my oddychamy z ulgą, że w końcu w tym sezonie będzie inaczej. A to usypia naszą czujność i… raz lub dwa zapominamy o syropach. Przecież nic takiego się nie stało – pocieszamy się z żoną, choć i tak już wiemy, że najdalej za trzy dni Jasiek będzie chory.
Potem jest już z górki. Dwa kichnięcia i lekkie odchrząknięcie w niedzielny wieczór, a w poniedziałek rano siedzimy w przychodni i gramy w marynarza o to, kto tym razem weźmie zwolnienie.
Co ciekawe, w okolicach marca, kiedy sezon chorobowy zbliża się ku końcowi, my bywamy w przychodni tak często, że powinniśmy na parkingu mieć już własne miejsce. Wszystkie leki znamy na pamięć, a do lekarza przychodzimy właściwie tylko by utwierdzić się w postawionej przez nas diagnozie, po zwolnienie i oczywiście po naklejkę „dzielny pacjent”.

Do tego to długotrwałe siedzenie w domu… bo wiadomo: skoro jest weekend, to trzeba się wykurować. I tak oto większość zimowych weekendów spędziliśmy niemal w całości w domu. Po siódmym lub ósmym razie atrakcją stawało się wyjście do Lidla na zakupy. Słyszałem, że gdzieś tam, na mieście, są nawet imprezy i tańce, ale dla mnie to były odległe galaktyki, jak opowieści ludzi, którzy widzieli yeti.
Właśnie dlatego pierwsza myśl, która mnie dopada, kiedy wstaję rano, to: oby do wiosny!

Piotr Krupa

Dodaj komentarz