Wywiad

BOKS Metaforą życia

Katarzyna Miłkowska: Jesteś
związany ze sportem od ponad 20 lat.
Krzysztof Diablo Włodarczyk: Dokładnie 24 lata.

Jak to jest w takim razie możliwe, że ciągle masz do tego
motywację?
Mogę tylko przypuszczać jak jest u innych ludzi i na czym oni budują swoją motywację. Ja natomiast ciągle widzę w boksie piękno i to właśnie ono mnie przyciąga. Idę na salę – kocham ją całym sercem. Uderzam w worek – uwielbiam to robić. Dochodzi do tego też adrenalina podczas sparingów, które raz idą
dobrze, a innym razem niestety nie. Są też oczywiście kontuzje, co i rusz coś zaczyna boleć, są porozbijane nosy, porozbijane łuki brwiowe… i w końcu walka! Kiedy na nią wchodzisz, to czujesz się tak, jakbyś wchodził w inny świat. Głowa jest zupełnie  odcięta od myśli, które miałeś zaledwie kilka godzin temu. Na ringu jesteś w zupełnie innej przestrzeni.

Dobrze, walkę rozumiem – adrenalina, duże emocje… ale
na co dzień raczej tego nie ma. Nie wierzę, że zawsze z wielką chęcią idziesz na trening.

Pewnie. Nieraz chciałoby się dłużej pospać, oglądać film do późna, czy więcej czasu poświęcić na jakieś dyskusje. Kiedy jednak ruszam i w końcu wchodzę na salę, to zawsze pojawia mi się myśl: „Okej, jestem w domu”.

O proszę, czyli to jest taki drugi dom?
Na Hali Mirowskiej spędziłem jakieś 5-6 lat. Na hali, na której teraz trenuję, jestem już bodajże kolejne 18, albo 19 lat. Szmat czasu… człowiek się przywiązuje. A z drugiej strony, jeśli zakotwiczymy się w jednej dyscyplinie i nie rozmieniamy na drobne, to co innego my – sportowcy – możemy w życiu robić?

Nigdy nic innego cię nie pociągało? Na pewno nie mógłbym siedzieć przy biurku i słuchać, co mam robić, kiedy mogę wstać i gdzie mam pójść. Nie wyobrażam sobie być człowiekiem pracującym w biurze – a gdybym miał pracować z komputerem, to
musiałbym robić to mobilnie. Być przykutym na kilka godzin do jednego miejsca to nie dla mnie.

Fakt, sport na pewno daje jakiś rodzaj wolności…

Absolutnie tak.

Jednocześnie jest w nim jednak także ogromna dyscyplina, którą bezdyskusyjnie trzeba w sobie mieć, żeby zajmować się nim w profesjonalny sposób. Przecież to nie są tylko treningi, to jest w zasadzie cały styl życia.

Zdecydowanie – to jest styl życia. Wstajesz rano, jesz posiłek, idziesz na trening, po nim też wiesz, co powinieneś zjeść. Ta harmonia, czy – jak to nazwałaś – „dyscyplina”, pozwala ci w pewnym sensie podążać ku doskonałości. Banalny przykład: gdybyśmy po treningu zjedli kebaba i pół litra lodów, to tak naprawdę całe starania straciłyby sens.

Powiedziałeś o doskonałości – zastanawiam się, czy u sportowca w ogóle jest taki etap, kiedy czuje, że tę doskonałość osiągnął, czy może jednak granica ciągle się przesuwa?

Nie pamiętam z kim o tym rozmawiałem… chyba ze swoim dzieckiem. Mój syn ma 16 lat i kiedy opowiadam mu, że ciągle przychodzimy na salę i non stop powtarzamy ten sam lewy prosty – stajemy przed lustrem i lewy prosty, lewy prosty – zapytał, po co to robię? Skoro trenuję od 24 lat, to nie potrafię go bić? Pewnie, że potrafię. Ciągle go jednak doskonalę, bo wciąż jest wiele do zrobienia.

Czyli nieustanne stawianie sobie wyzwań.

Właśnie tak. Przykładem są chociażby takie okresy, gdy nie możesz nic robić. Ze względu na operacje ręki i kolana miałem teraz około 7-8 tygodni przerwy. Powroty po tego typu pauzie zawsze wiążą się z nowymi celami, a co za tym idzie, właśnie z doskonaleniem się.

Skoro już jesteśmy przy kontuzjach i kosztach uprawiania zawodowego sportu: ryzyko i chęć jego podejmowania zdają się być wpisane w boks?

Bez ryzyka nie ma zwycięstwa. Co więcej, jeśli już się na nie decydujemy, to musimy być pewni podjętych kroków. Niepewność zabija – jeśli nie będziesz uderzał teraz, to kolejna runda mija, a ty tylko i wyłącznie na tym tracisz. W pewnym sensie można powiedzieć, że mija tak nawet nie tylko kolejna runda, ale wręcz kolejna minuta życia…
Dokładnie to usłyszałam – to, co powiedziałeś, ma bardzo silne przełożenie na wszystkie inne kategorie życia, nie tylko na sport. Niby mówiłeś, że nie odnalazłbyś się w pracy biurowej, a przecież te słowa można jak najbardziej odnieść także i do niej.

To się zupełnie nie wyklucza. Mam znajomego, który jest dyrektorem w jednej z firm logistycznych na Mordorze. Byłem u nich w biurze – wiesz, jest dzwonek, kiedy ktoś chce coś ogłosić, wszyscy współgrają ze sobą, jest bardzo duża otwartość w  kontakcie. Kiedyś słyszałem głównie opinie o tym, że życie w korporacji, to ciągłe
„stanie na baczność”. Zobaczyłem to jednak z zupełnie innej strony.

To ciekawe, co mówisz. Rzeczywiście, jest dużo stereotypów dotyczących korporacji – nie mówię, że są bezpodstawne – ale myślę też, że to się bardzo
zmienia. Jest wiele firm, które mają naprawdę „ludzkie” nastawienie i to jest ich bazą.

Tak uważasz?

Tak, sama pracowałam w korporacji i uważam, że to było
bardzo dobre miejsce. Chociaż wszystko zależy oczywiście od tego, na jakich ludzi
trafisz.

To na pewno, ale mam przyjaciela, który jest w korporacji i pracuje na materiale z półrocznym wyprzedzeniem. Jest czerwiec, a oni w swoich głowach są w grudniu i wszystko na ten czas mają już podopinane… Dla mnie taki ogromny pęd jest czymś
chorym!

Okej, ale jak przygotowujesz się do walki, która jest za
kilka-kilkanaście miesięcy, to
nie robisz tego samego?

Robię, ale na początku oglądam przeciwnika i patrzę co robi dobrze, a co źle. Nie przygotowuję się od razu na jego lewy, czy prawy prosty. Zaczynam od ćwiczenia kondycji, siły, wytrzymałości. Kiedy ruszam ze sparingami, to można powiedzieć, że dopiero wtedy zaczynam dokładniej analizować i realizować to, co obserwowałem kilka tygodni wcześniej. Na pewno niczego nie domykam na kilka miesięcy przed walką – wtedy raczej dopiero otwieram sprawę.

Z wieloma elementami się zgadzam, ale mimo wszystko mam wrażenie, że w pewnym sensie patrzysz na korporacje właśnie przez pryzmat stereotypów.

Na pewno, bo w końcu nigdy w taki sposób nie pracowałem i buduję swoją wizję na podstawie tego, co usłyszałem od innych.

To jakie w takim razie stereotypy słyszysz o boksie?

Co ciekawe, mają je przede wszystkim ludzie, którzy w latach 70. i 80. byli w tym sporcie. Od tego czasu niezwykle wiele się zmieniło, ogrom rzeczy przeszedł ewolucję, a nie wszyscy za tym nadążają. W takim zderzeniu rzeczywiście pojawiają
się bezpodstawne oceny. Z drugiej strony, sam jestem ciekawy, jak będzie wyglądało boksowanie za kolejne 30 lub 50 lat i jak ja wtedy na to zareaguję.

Wybiegając zatem w przód, jak widzisz siebie po zakończeniu zawodowej kariery sportowej?

Mam nadzieję, że będę miał jeszcze na tyle chęci, żeby szukać, inspirować do uprawiania boksu, dawać nadzieję, wspierać i pomagać. Uważam, że jest to piękny sport, ale – co powtarzam jak mantrę – w naszym polskim boksie od 1992 roku nie ma medalisty olimpijskiego!

Czyli pozostajesz wierny boksowi?

Myślę, że tak. Nie wiem… musiałaby paść jakaś mega propozycja, żebym pojawił się w tzw. klatce i zajął się jakimiś mieszanymi sztukami walki. Domyślam się jednak, że takiej propozycji nie będzie.

Często łatwo jest powiedzieć, że nigdy się czegoś nie zrobi…

Słynne „nigdy nie mów nigdy”… Ja jednak na dzień dzisiejszy naprawdę siebie w tym nie widzę. Mój tata zawsze powtarzał, żebym zastanawiał się nad tym, co chcę w życiu robić i kim chcę być. Jak miałem osiem lat, mówił: „Pomyśl, co będzie, gdy będziesz miał lat 15” – rok do roku mi o tym zastanowieniu przypominał. Na tyle więc starałem się układać swoje myśli i ścieżkę życia, którą chciałbym iść, że jestem
bardzo świadomy tego, czego chcę. Co więcej, wierzę, że jeśli czegoś chcę, to na pewno to osiągnę.

Dodaj komentarz