Wywiad

Daria Zawiałow – Być swoim własnym Ja

Czasami – pomimo pewności, jaką ścieżką chcemy podążać – los rzuca nam kłody pod nogi. Przestajemy realizować marzenia i życie zaczyna biec w zupełnie innym kierunku. U niej tak nie było. Cechy Zosi Samosi oraz swego rodzaju brawura i odwaga, pozwoliły jej pokonywać te przeszkody. Dzięki temu dziś Daria Zawiałow twierdzi: – Wiem, kim jestem.

Katarzyna Miłkowska: W wielu wywiadach mówi Pani, że muzyka od zawsze była tą drogą, którą chciała Pani podążać. Czy rzeczywiście tak było, czy może jednak pojawiały się momenty, w których coś innego wysuwało się na pierwszy plan?
Daria Zawiałow: Tak, to właśnie muzyka towarzyszyła mi od dziecka i faktycznie od zawsze szła ze mną ramię w ramię. Nigdy nie było nic innego, co mogłoby z nią konkurować. Nigdy nie miałam też planu B. Myślę, że byłam za młoda, by w ogóle tworzyć sobie taki plan w głowie. Po prostu podążałam za tym, co chcę naprawdę robić i zupełnie nie rozważałam niczego innego. Gdyby jednak „A kysz!” przeszło bez echa, gdyby „Malinowy chruśniak” nie był doceniony, wtedy na pewno musiałabym pomyśleć o jakiejś alternatywie. Nie zdążyłam jednak tego zrobić i absolutnie nie żałuję.

A czy to, w jakim jest Pani teraz punkcie kariery, to spełnienie marzeń czy bliższa jest Pani jednak perspektywa swego rodzaju „realizacji planów”?
Wydając pierwszy album, byłam wręcz pogodzona z tym, że na pewno przejdzie on bez echa. Zarówno ja, jak i Michał Kush – mój producent i przyjaciel, z którym wspólnie przeszliśmy długą drogę do wydania „A kysz!” – wiedzieliśmy, że prawdopodobnie będziemy musieli poradzić sobie z kolejnym niepowodzeniem. W związku z tym wszystko, co się teraz dzieje, jest na pewno dla mnie ogromnym spełnieniem marzeń. Marzeń, które – szczerze mówiąc – są zupełnie z kosmosu. Nie chcę jednak odlecieć na orbitę i jestem raczej taką osobą, która stara się twardo stąpać po ziemi. Bardzo doceniam wszystko, co mam, ale staram się zachować zdrowy dystans, nie zachłysnąć się za bardzo.

To ciekawe, co mówi Pani o braku wiary w sukces, bo chyba trzeba mieć w sobie trochę – to już nawet nie jest pewność siebie – jakiegoś braku pokory i przekonania, że to, co się robi, jest dobre. Słyszę z Pani ust coś zupełnie innego.
Myślę, że na pewno trzeba mieć wiarę w swoje możliwości i wiarę we własne Ja. Jeśli zaś chodzi o brak niepokorność, to jako nastolatka byłam bardzo brawurowa. I chociaż dziś już taka nie jestem, to tak naprawdę właśnie tej nastolatce zawdzięczam to, co się teraz dzieje. Ona, pomimo tych wszystkich upadków i porażek, pomimo tego, że już nawet w ostateczności postanowiła trochę w siebie zwątpić, cały czas walczyła i nie poddawała się. Gdybym teraz zaczynała swoją drogę i miała tyle kłód pod nogami, to wątpię, czy dałabym radę.
Z upływem czasu stałam się kobietą i nie mam w sobie już tej brawury. Stałam się osobą, która wie czego chce i dąży do tego. Cały czas wszystko analizuję, planuję i kontroluję. Chyba jestem pracoholiczką (śmiech). Natomiast nie mam już w sobie tej dziecięcej charyzmy. Mając 19 lat, z całą pewnością jeszcze ją w sobie miałam. Miałam też tyle siły, żeby stworzyć album „A kysz!” i spróbować wyjść z nim na światło dzienne. Gdybym jednak zadebiutowała i nic by za tym nie poszło, to ciężko jest mi powiedzieć, czy dalej walczyłabym o siebie. Debiutuje się tylko raz!

Słyszę tutaj jakiś rodzaj uporu – pomimo przeróżnych przeszkód, ciągle do przodu. Jest tu na pewno też pracowitość i cierpliwość. Zastanawiam się nad tym, bo jeżeli nie jest to już niepokorność, to co w takim razie stało się teraz Pani bazą?
Myślę, że po prostu życie nauczyło mnie bycia swego rodzaju Zosią Samosią, co w moim przypadku bardzo dobrze się sprawdza. Jeśli czegoś nie zaplanuję, nie dopilnuję tego na sto procent, nie zapnę na ostatni guzik, to tego po prostu nie mam.
Mam szczęście, że otaczam się naprawdę wspaniałymi ludźmi, którzy pracują nad naszym projektem na bardzo wysokich obrotach. Jednak z całą pewnością nikt nie pracuje nad nim na takich obrotach, jak ja. Nikt nie prowadzi za mnie social mediów, nikt nie biega na wszystkie wywiady, nie dba o precyzję teledysków.
Zawsze sama się maluję, sama się czeszę – ja po prostu lubię robić wszystko sama i móc maksymalnie dopiąć to, co ważne. Być może dzieje się tak dlatego że bardzo długo na to wszystko, co się teraz dzieje, czekałam. Bardzo ciężko i bardzo długo na to pracowałam, więc teraz nie chcę, może nawet trochę boję się, oddać pałeczkę komuś innemu.

Właśnie – a jak jest z tymi osobami obok? Spełnianie własnych marzeń wcale nie musi być dla otoczenia łatwe. Super, jeżeli się idzie z bliskimi tą samą ścieżką – można wtedy od siebie czerpać i się wspierać. Jeśli jednak bliscy są z zupełnie innej bajki, może pojawić się jakiś rodzaj niezrozumienia. Nie wiem, czy ma Pani takie doświadczenie, ale zapewne mogły padać słowa: – Słuchaj Daria, odpuść sobie, zajmij się czymś innym.
Na pewno coś w tym jest. Miałam przyjaciółkę, z którą dziesięcioletnia przyjaźń rozsypała się właśnie z powodu swego rodzaju niezrozumienia. W momencie, kiedy wydałam płytę i coś zaczynało się już dziać, pojawił się właśnie brak wyrozumiałości dla mojego trybu pracy, mojego zawodu, tego, że naprawdę jestem na bardzo wysokich obrotach i najzwyczajniej w świecie mogę nie mieć na coś czasu. Było to o tyle trudne, że moja była przyjaciółka mieszkała wiele kilometrów stąd i w ogóle nie znała polskiego rynku, nie wiedziała co dzieje się na rodzimym podwórku. Myślę, że może się to dziać w każdym zawodzie, nie tylko w sferze muzycznej.

Zdecydowanie.
Nie każda przyjaźń przetrwa czas próby. Stajemy się innymi ludźmi, dojrzewamy, coś innego zaczyna nas fascynować, co innego nas intryguje.

To jest chyba właśnie koszt walczenia o siebie. Nieustannie będziemy trafiać na swojej drodze na ludzi, którzy w jakiś sposób nie będą się z naszymi wyborami zgadzać.
Oczywiście. Ja jednak wychodzę z założenia, że zawsze działam w zgodzie ze sobą. Nie robię nic pod publikę, nie robię nic z chęci zaimponowania innym. Bardzo długo dochodziłam jednak do tego, żeby w ogóle odnaleźć swoje własne Ja. To wcale nie jest takie oczywiste, by „być sobą” i nikogo nie naśladować. Kiedy jesteśmy na etapie dojrzewania, mamy bardzo wiele wzorców. Mamy swoje autorytety, czerpiemy od nich, chcemy być do nich podobni i podążać ich śladem. Bardzo ciężko jest w tym całym zawirowaniu odnaleźć siebie – wierzyć w swoje Ja, znać swoją wartość.

Myślę, że może mieć to coś wspólnego ze wspomnianym już „twardym stąpaniem po ziemi”. Czy ma też na to wpływ konfrontacja z tym, co trudne? Mówię tutaj m.in. o akcji, którą prowadzi Pani podczas koncertów, czyli o zbieraniu rzeczy dla schronisk i opuszczonych zwierząt.
Jestem wrażliwa na krzywdę słabszych i po prostu staram się być dobrym człowiekiem. Wydaje mi się, że jednak sfera artystyczna i nieodlatywanie na orbitę właśnie w jej kontekście, jest czymś zupełnie innym. Pomoc słabszym nie ma według mnie nic wspólnego z byciem artystką. Wszyscy możemy czynić dobro.

Brzmi to jak kolejny element świadomości tego, kim się jest. Wydaje mi się jednak, że niektórzy ludzie przez całe życie nie wiedzą, w którym kierunku w ogóle iść. Jak zatem takiej pewności „bycia w sobie” można szukać?
Moim zdaniem trzeba zacząć od prób odszukania tego, co nas fascynuje. Odnalezienia własnego zdania, nieoglądania się na innych – na początku małe kroczki. Czy to się jednak wydarzy w wieku nastoletnim, czy jak ktoś ma 60 lat? Nie da się chyba tego jednoznacznie określić, bo jest to bardzo indywidualna sprawa. Mnie to się jednak już udało i wydaje mi się, że z całą pewnością mogę powiedzieć, że wiem, kim jestem. Jestem po prostu Darią Zawiałow.

 

Katarzyna Miłkowska

Dodaj komentarz