Wywiad

Maciej Wełyczko: Szybki, agresywny, niebezpieczny

O prawdopodobieństwie zarażenia się w przestrzeni biurowej wirusem 2019-nCoV, perspektywie końca epidemii i skuteczności obecnie dostępnych lekarstw na COVID-19 mówi profesor dr hab. Krzysztof Simon, ordynator Oddziału Zakaźnego Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. J. Gromkowskiego we Wrocławiu.

Maciej Wełyczko: Od wybuchu epidemii koronawirusa upłynęło niemal pół roku – duża część naszych czytelników wciąż pracuje zdalnie z domu. Jak zapatruje się Pan na powrót do dużych biur?
Krzysztof Simon: Myślę, że decydowanie więcej osób będzie pracowało z domu na dłużej. Nie wiem, czy część biurowców będzie mogła dalej funkcjonować. W takich zagęszczonych miejscach jak biurowce wszelkie zakażenia, w tym obecna epidemia, szerzą się łatwo i szybko. Wiemy także, że w tego typu zamkniętych miejscach dochodziło do dużej ilości zakażeń. Dzisiaj wszyscy obrywamy ekonomicznie tą epidemią. Nam, personelowi medycznemu pracującemu przy chorych z COVID-19, nikt nie wyrównał strat finansowych. Wie pan jaki mamy dodatek za tę niebezpieczną przecież pracę? 13 złotych.

Czy pracownicy biur i ich operatorzy mogą uczynić je miejscami bezpieczniejszymi?
To bardzo dobre pytanie. Widziałem modele z Azji – Chin i Japonii, pokazujące jak doszło do zakażeń w takich wielkich biurowcach – mordorach. Przyczyniła się do tego niezupełnie sprawna sieć wentylacyjna. Wentylacja powinna wysysać powietrze z pomieszczeń i wyrzucać je na zewnątrz. Jeśli powietrze jest tłoczone z jednych pomieszczeń do drugich – sprawa wygląda kiepsko. Prócz tego na pewno trzeba utrzymywać dystans, myć ręce i nosić maseczki. Proszę zobaczyć, jakie są skutki idiotycznego zezwolenia na organizację wesel, niemal bez ograniczeń – ktoś powinien za to ponieść konsekwencje, gdyż prawie codziennie słyszymy o nowych ogniskach. Nie jestem jednak przeciwnikiem organizacji wesel kameralnych i z zachowaniem ostrożności. Ogólnie więc – unikajmy ciasnych, dusznych pomieszczeń. O zakażeniu najczęściej decyduje przestrzeń, wietrzmy pomieszczenia na ile to tylko możliwe.

Widzi Pan scenariusz, w którym epidemia po prostu się kończy?
Tak – potrzebne jest pojawienie się dobrej, skutecznej i bezpiecznej szczepionki oraz, ewentualnie, leku.

Czy jest to realne w obliczu rozwijających się – również w Polsce – ruchów antyszczepionkowych?
Proszę wziąć po uwagę grypę, która jest chorobą szerzącą w się podobny sposób, choć dającą mniejszą śmiertelność – co roku choruje na nią 300-400 milionów ludzi.
Nie było z tego powodu paniki, nie wzywano do noszenia masek i trzymania odległości, gdyż istnieje szczepionka. Ale głupota części społeczeństwa jest obezwładniająca. Istotnie, mamy szerzące się ruchy antyszczepionkowe. Mamy politycznego lidera, który oświadcza, że nie będzie się szczepił „bo nie”. Można tylko patrzeć na to z politowaniem i porównywać się z bogatszymi krajami, w których szczepienia na grypę są powszechne z powodów ekonomicznych i społecznych. Szczepiąc się samemu, pomyślmy też o ludziach, którzy z przyczyn zdrowotnych nie mogą się zaszczepić – jeśli w ich otoczeniu nie będzie wirusa nie zostaną zakażeni – to elementarna solidarność społeczna. U nas, niestety, dla pewnych grup jest to postawa zupełnie obca.

Szczepienie przeciw SARS COVID-2 powinno być obowiązkowe, gdy już pojawi się bezpieczna szczepionka?
Myślę, że szczepienie nie powinno być obowiązkowe dla ludzi młodych, chyba, że należą do grup zagrożonych. Z uwagi na łatwość szerzenia się choroby powinna być jednak obowiązkowa dla ludzi powyżej 65. roku życia i z wielochorobowością. Te same reguły powinny dotyczyć szczepień na grypę. W Wielkiej Brytanii szczepi się ponad 70 proc. ludności, w Polsce – 3 proc.
Wszelkie podważanie znaczenia szczepień jest działaniem antyspołecznym i niesłychanie szkodliwym. Jeśli robią to politycy, kompromitują się. Ale ja staram się mówić do mądrzejszej części społeczeństwa – jeśli będzie szczepionka należy się zaszczepić.

Jest Pan już od pół roku na pierwszej linii walki z koronawirusem – jak przez ten czas poszerzyła się nasza wiedza o nowej chorobie? Na ile zdołaliśmy poprawić samo leczenie?
Jest ogromny postęp. Jako ordynator kliniki chorób zakaźnych mogę stwierdzić, że choć wcześniej również mieliśmy przypadki śródmiąższowego zapalenia płuc w przebiegu grypy lub adenowirusów, rinowirusów czy niedoborów odpornościowych, to w znacznie mniejszym nasileniu. Niemniej choroba przebiegała ciężko i część pacjentów umierała.
Przy nawale chorych na COVID-19, gdy właściwie wszyscy trafiali do nas z ciężkim zapaleniem płuc, musieliśmy wiedzę szybko i gruntownie pogłębić. Opieraliśmy się na doświadczeniach chińskich, włoskich, hiszpańskich – choroba przyszła do nas nieco później, choć trafiła na kraj słabo przygotowany.
Dziś zdecydowanie lepiej leczymy i monitorujemy pacjentów, mimo iż nie pojawiły się jakieś radykalnie nowe środki. U części zakażonych stosujemy leki przeciwwirusowe na HIV, mamy remdesivir, mamy osocze ozdrowieńców i mamy leki blokujące kaskadę cytokinową. Na początku epidemii nie znaliśmy tych metod leczenia. Niestety, cały ten postęp nie oznacza, że ludzie nam nie umierają.

Jakie są Pana doświadczenia z nowymi lekami, zwłaszcza z głośnym amerykańskim ramdesivirem?
Ramdesivir nie jest lekiem, po podaniu którego pacjent cudownie zdrowieje, nie nadaje się do leczenia stanów ciężkich, z niewydolnością oddechową. Jest to lek antywirusowy, oddziałujący na poszczególne fragmenty wirusa. Ma działanie podobnie do wykorzystywanych u nas preparatów na AIDS. Nie jest to jednak lek tak skuteczny jak oseltamivir, czyli słynne Tamiflu, stosowany przy grypie.
Tak samo jest z osoczem ozdrowieńców – jego podanie nie powoduje natychmiastowego uzdrowienia. Wszystkie te środki razem zmniejszają jednak liczbę pacjentów, których przekazujemy na oddział intensywne terapii.

Czy wiemy, ile jednostek koronawirusa może wywołać zakażenie?
Nie znamy jednej granicznej wartości. Z pewnością wiemy jedno – im masywniejsze zakażenie, tym cięższy przebieg choroby. Dokładnie tak samo jest w przebiegu zarażenia grypą. Nie da się wskazać ile wirionów może wywołać infekcję, jest to sprawa indywidualna, związana zarówno z cechami indywidualnymi pacjenta, jak i szczepem wirusa.

Ostatnio wiele mówi się o szerzeniu się koronawirusa drogą powietrzną, czyli w bardzo małych kropelkach – czy oznacza to, że powinniśmy trzymać się jeszcze dalej niż zalecane 1,5 metra od siebie?
Zgadzam się z badaniami dotyczącymi drogi powietrznej. Ale w istocie jest to ta sama droga zakażeń co kropelkowa – różnica dotyczy mniejszej wielkość kropelki aerozolu. Wiemy, że wielu naszych pacjentów, zwłaszcza starszych, prawie nie miało kontaktu z innymi ludźmi – wyszli na chwilę do sklepu i zakazili się, mimo że mieli maskę i rękawiczki jednorazowe a potem myli ręce. Do zakażenie musiało więc dojść w taki właśnie sposób. Ale jeśli chodzi o dystans – nie dajmy się zwariować. Powtórzę, że szczególna ostrożność powinna dotyczyć osób z wielochorobowością i starszych – w wieku 65 plus.

Które grupy społeczne uważa Pan za najbardziej zagrożone? Które „choroby współistniejące” rokują najgorzej? Jak praktycznie wykorzystać taką wiedzę?
Jest jedna, zaskakująca grupa narażona bardziej niż wszystkie inne – na imię jej „pobyt w DPS-ie” (Domu Pomocy Społecznej – red.). W DPS-ach mamy dziś zupełną katastrofę.
Drugim w kolejności zagrożeniem, nie ulega to dziś dyskusji, są choroby układu oddechowego – astma i przewlekła choroba obturacyjna płuc. Potem mamy: nadciśnienie i choroby układu krążenia, nowotwory, cukrzycę i marskość wątroby. Cechą obciążającą jest płeć męska. W tej klasyfikacji dość wysoko powinna znaleźć się otyłość, która jest również chorobą.
Co z tego wynika? To, że ludzie obciążeniu wielochorobowością i starsi muszą uważać szczególnie. Zaraźliwość tego wirusa jest naprawdę znaczna – jest bardzo agresywny i niebezpieczny.

Dziękuję za rozmowę
Maciej Wełyczko

Comments (1)

Dodaj komentarz