Bez kategorii

Martyna Wojciechowska: Nie znoszę bylejakości

Dziennikarka, pisarka, podróżniczka i… szefowa. Jedna z najbardziej rozpoznawalnych i budzących zaufanie postaci polskiego showbiznesu. Przez „Forbes” uznana w 2017 r. za najcenniejszą z polskich gwiazd – lubiana, szanowana i traktowana jako ekspert w swojej dziedzinie. Martyna Wojciechowska zdradza nam swoje podejściu do zarządzania w biznesie.

Przed dwoma miesiącami szukała Pani ludzi do pracy, to aktualne?

Martyna Wojciechowska: Zdążyłam już co prawda znaleźć odpowiednie osoby, ale nie zamykam się na nowe. Dobrych pracowników nigdy za dużo, zwłaszcza obecnie, gdy o takich wyjątkowo trudno.

A trudno?

Muszę przyznać, że jestem rozczarowana obecnym rynkiem pracy. Niby wszyscy świetnie się prezentują, mają pasję, chęć do pracy, chcą się rozwijać – w CV znakomicie to wygląda, w rzeczywistości jest już jednak gorzej.

U młodych dominuje postawa roszczeniowa. Millenialsi wiele oczekują i wiele chcą, ale nie potrafią się odnaleźć na rządzącym się swoimi prawami rynku. Mają trudności z adaptacją, z pracą zespołową. Z jednej strony są pokoleniem globalizacji, które doskonale porusza się chociażby w świecie nowych technologii, z drugiej odrzucają niektóre z tych globalizacyjnych procesów, nie potrafiąc jednak zaoferować nic ciekawego w zamian. Nie dziwię się temu ich buntowi, tej frustracji niedopasowania. Zresztą z postawy millenialsów wynika też pewien fajny trend, który promuje dążenie do zadowolenia z tego, co się robi, do troski o równowagę między pracą a życiem prywatnym, do niepodążania ślepo za zyskiem.

W moim idealnym świecie sama skłaniałabym się do tego, by odchodzić od globalizacji, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że w realnym świecie jest ona konieczna do osiągania korzyści.

Czego Pani oczekuje od swoich pracowników jako szefowa?

Przede wszystkim umiejętności odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Na przykład: dlaczego chcę pracować z Martyną? Dlaczego staram się o pracę przy danym projekcie? Dlaczego jest to dla mnie ważne? O wadze „dlaczego?” znakomicie mówi amerykański twórca teorii „złotego kręgu” Simon Sinek. Twierdzi on, że jeśli chcemy działać nieszablonowo, kreatywnie, to pytanie „dlaczego?”, winniśmy stawiać na piedestale listy naszych motywacji. Nie „co?” czy „jak?” (co umiem, co oferuję, jak osiągam cele), ale właśnie: „dlaczego?”. Sinek twierdzi, że ludzie nie kupują tego CO robisz, ale DLACZEGO to robisz. Mnie ta teoria przekonuje.

Dlaczego (śmiech)?

Bo to jest tak naprawdę pytanie o wartości, o to, co dla danego człowieka czy firmy jest najważniejsze, co stoi za motywami ich działania.

Jeśli nie ma: „why?”, to nie widzę szans na współpracę. Jak nie czuję, nie jestem przekonana o słuszności celu, aktywności, to nie będę działać z pełnym zaangażowaniem. W moim przypadku, w tym, co robię, właśnie to jest niezbędne.

Ja zawsze pracuję dla idei, nie dla produktu, zawsze z misją. Często realizuję projekty, z których nie czerpię korzyści finansowych – patrz choćby filmy dokumentalne. Z ich produkcją nie wiąże się żadne wynagrodzenie, nie ma premii, regulowanego czasu pracy, urlopu wypoczynkowego. A kiedy materialny zysk nie stoi na pierwszym miejscu, gdy pieniądze i stabilna praca nie mogą być kluczową motywacją, wówczas bez wewnętrznej determinacji wiele się nie zdziała. Dlatego tak ważne jest to „why?” u wszystkich ludzi, z którymi pracuję.

Skąd Pani wie, że dana osoba jest odpowiednim kandydatem do Pani teamu?

Umiem wybrać dobrych ludzi. Dobre CV to jedno, ale dla mnie przede wszystkim liczy się ten błysk w oku, ta odrobina szaleństwa, nieszablonowe odpowiedzi. Bardzo cenię sobie ludzi, którzy łatwo się adaptują w nowym środowisku, którzy szukają niestandardowych rozwiązań. Pierwszą swoją managerkę zatrudniłam, gdy była jeszcze studentką. Przekonało mnie to, że każde wakacje poświęcała na wymiany zagraniczne, na poznawanie świata, że była ciekawa innych kultur. Pomyślałam, że to osoba o otwartym umyśle i miałam rację. Przepracowałyśmy ze sobą kilka lat, zrealizowałyśmy razem wiele udanych projektów. Później na 11 lat nasze drogi się rozeszły, ale dziś znów pracujemy wspólnie. Mam tak z wieloma osobami.

W korporacjach ludzi często motywują wysokie zarobki, premie, bonusy. Trudno uwierzyć, że bez atutu pieniądza można dziś utrzymać dobry zespół.

Oczywiście i w moich zespołach zdarzały się rotacje, bo każdy ma jednak swoje plany, cele, ambicje i jeśli widzi gdzie indziej lepszą szansę na ich realizację, to odchodzi. Na szczęście od pięciu lat nie mam tego problemu. Pracuję w stałym, zgranym teamie i jest super. Non stop się nakręcamy, nawzajem inspirujemy. Czuję, że każdemu z osobna zależy na tej pracy nie mniej niż mnie samej. Sądzę, że dla większości ludzi w moim zespole, podobnie jak dla mnie, praca jest pasją, a pasja jest pracą. Może dlatego energia, serce i zapał nigdy nas nie opuszczają.

Nikt się nie wypala? W korpo pewnie dochodziłoby już do masowych spadków efektywności…

Dlatego to, co robię z moim teamem nie jest pracą dla każdego. Czasami zdarza mi się dzwonić do kogoś znajomego, kto pracuje w korporacji, a o którym słyszałam, że myśli o jakichś nowych wyzwaniach. Proponuję mu pracę i słyszę: „Sorry, ale Ty pracujesz dla człowieka, a to wymaga ciągłego zaangażowania. To ja już wolę jednak odsiedzieć te osiem godzin w biurze, by potem móc wyjść z pracy i zapomnieć”. OK, ja to rozumiem. Korporacja daje pewne przywileje, z których wielu ludziom trudno zrezygnować, mimo iż czują, że nie czerpią satysfakcji z tego, co robią. Ja tak nie potrafię, a i charakter tego, czym się zajmuję, też na to nie pozwala. Może dlatego coś takiego jak wypalenie zawodowe dotychczas nikomu z nas się nie zdarzyło.

Ale przecież dotyka ono nawet tych, którzy pracują „dla ludzi” np. pracowników opieki społecznej, nauczycieli…

Nie mówię, że i w takiej pracy jak moja w ogóle nie trzeba o te kwestie dbać, że nie należy być ostrożnym. Osobiście – kiedy czuję, że w jakieś sytuacji zaczynam się czuć zbyt komfortowo, staram się jak najszybciej wybić z takiego stanu, bo wiem, że za chwilę pojawią się rutyna i powtarzalność, a wtedy już tylko krok od „katastrofy”.

Oprócz tego, że jest Pani jednym z najbardziej pożądanych pracodawców na polskim rynku (według badań BBC Knowledge), wciąż pracuje Pani również dla korporacji. Jak komuś tak niezależnemu udaje się funkcjonować w strukturach organizacji, która zwykle nie lubi nadmiernie samodzielnych, kreatywnych i wychodzących przed szereg jednostek?

To, czego najbardziej nie lubiłam i nie lubię w korpo, to rozmywanie odpowiedzialności oraz fakt, że w takich strukturach byle jakim pracownikom łatwo jest ukryć się za innymi. Nie znoszę bylejakości. Uważam, że zabija ona zapał, odbiera energię, osłabia pozostałych członków teamu. Problemem korpo są także decyzyjność i mnożenie procedur.

Dlatego zawsze, kiedy wstępowałam w korporacyjne progi i jako manager miałam możliwość dokonywania zmian, przede wszystkim dążyłam do zmiany środowiska pracy na takie, w którym obowiązuje zasada: „dziś pytanie, dziś odpowiedź”. Oczywiście nie zmieniało to całej organizacji i choć w moich zespołach decyzje zapadały szybko, w innych działach sztywno trzymano się procedur. Zdarzało mi się wpadać do takich działów i robić im mentalny miszmasz pytaniami typu: czy wam podoba się taka praca? gdzie wasz zapał, gdzie pasja do tego, co robicie? I wtedy zaczynały się schody.

W Pani obecnym zespole decyzje zapadają szybko i demokratycznie?

Każdy wie za co odpowiada i jest decyzyjny w zakresie własnych obowiązków. Odchodzimy od dyrektorowania, raczej zarządzamy systemowo. Oczywiście każdy może się w danej kwestii wypowiedzieć, przedstawić swoją opinię, ale ostateczną decyzję w sprawach kluczowych podejmuje wilczyca Alfa (śmiech).

Czy wilczyca Alfa, która w niejednym już wywiadzie wyznała, że „nie folguje słabościom”, potrafi w ogóle wypoczywać, pozwala sobie na: „nie robię, nie chce mi się”?

Nie, chyba nigdy nie zdarzyło mi się użyć argumentu „nie chce mi się”, ale to nie znaczy, że nie znajduję czasu na wypoczynek. Po prostu lenistwo i szukanie wymówek zupełnie nie leżą w mojej naturze.

Owszem, umiem dostrzegać swoje słabe strony i godzić się z nimi, ale nie szukam nigdy wytłumaczeń tych słabości w czynnikach zewnętrznych typu: „nie zrobię czegoś, bo jestem… za stara, za młoda, za biedna, etc.”. Stawiam na szczerość zarówno w stosunkach z innymi ludźmi, jak i z sobą samą, dlatego mogę pogodzić się z tym, że jestem niedoskonała, ale to nie znaczy, że mam przestać o tę doskonałość zabiegać.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Izabela Marczak

Dodaj komentarz