Najnowsze wydanie

Natalia Przybysz – Obudzić się należy natychmiast!

Płyta „Jak malować ogień” to siła spokoju, a jednocześnie ogromna moc żywiołów. To głęboka zaduma nad sobą, światem, a w tym wszystkim także nad zupełnie nieprzemyślanym pędem. Jak zatem zwolnić, jak zbliżyć się do muzyki, ciała, emocji? „Warto rozejrzeć się dookoła i wyciągnąć z otaczającego nas świata jak najwięcej piękna” – mówi Natalia Przybysz.

Katarzyna Miłkowska: We wcześniejszych wywiadach mówiła Pani, że praca nad najnowszą płytą przebiegła wyjątkowo szybko. Zastanawiam się, co za tym stało – większa niż wcześniej świadomość siebie, muzyki, inny rodzaj dojrzałości?
Natalia Przybysz: W związku z tym, że moi muzycy są naprawdę niesamowici – o każdym z nich, ich ogromnej wrażliwości artystycznej i projektach, w jakich brali udział, można by dużo opowiadać – moja dojrzałość polegała chyba na tym, że to po prostu dostrzegłam.
Moje tzw. szefowanie – chociaż oni to różnie nazywają – w zasadzie sprowadza się do dbania o atmosferę, żeby było nam razem dobrze i każdy mógł rozwinąć skrzydła. Mam oczywiście jakąś swoją wizję, jakąś intuicję, ale nie narzucam, nie mówię poszczególnym osobom, jak mają wykonywać to, co robią przecież przez całe życie i znają się na tym dużo lepiej niż ja. Mam wrażenie, że rzeczywiście każdy miał przestrzeń i wolność, dzięki czemu to popłynęło.

Czy to jest pierwsza Pani płyta, przy której praca wyglądała właśnie w ten sposób?
Wcześniej powstał krążek „Światło nocne”, przy tworzeniu którego współkomponowałam poszczególne piosenki z konkretnymi osobami z zespołu.
W przypadku „Jak malować ogień” rzeczywiście pierwszy raz było tak, że wszyscy razem spotkaliśmy się w punkcie pustki, zera i zaczęliśmy wspólnie muzykować. W trakcie grania rejestrowałam przeróżne improwizacje, a później siadałam nad tymi notatkami i myślałam, które z nich będą piosenkami, do których czuję, że wymyślę melodię i tekst.

Proces artystyczny powstawania tekstów sam w sobie jest zagadnieniem niezwykle ciekawym, bo myślę, że dla wielu osób jednym z najistotniejszych punktów Pani twórczości jest właśnie warstwa literacka. Mam wrażenie, że ludzie właśnie do tekstów przywiązują się najbardziej.
Myślę, że wielu osobom może się tak wydawać, ponieważ warstwa intelektualna – tekst – jest tym, o czym mogą mówić, do czego mają świadomy dostęp. Dużo odczuć związanych z muzyką bierze się jednak z nieświadomości. Owszem, jest wiele osób, które uważają, że fałszują czy są głuche. Często ludzie zupełnie bezpodstawne ulegają różnym stereotypom na swój temat oraz na temat odbioru muzyki – zupełnie się z nimi nie zgadzam. Przekonania te powodują bowiem, że ludzie odcinają się i nie wiedzą, że de facto bardzo dobrze słyszą, reagują i odczuwają to co, dzieje się w muzyce.

A jakie emocje pojawiają się w Pani, gdy spotyka Pani swoje teksty z przeszłości?
Część z nich cały czas jest dla mnie okej – trzymają fason. Ale niektóre są oczywiście lekkim przypałem (śmiech).

Zastanawiam się nad tym, ponieważ jestem ciekawa, czy już wcześniej pojawiały się w nich myśli na temat tego… jak malować ogień?
Płyta „Prąd” w pewnym sensie podejmowała już temat energii wewnętrznej człowieka, próbowała określić różne odczucia, które przez nas przepływają i teraz ten prąd po prostu stał się wiatrem i ogniem.
Energia jest dla mnie niezmiennie ważna, a ponieważ wydaje mi się, że czas się trochę kurczy, że w ciągu dnia coraz więcej się dzieje, a ludzie chcą być strasznie efektywni, to trzeba się zastanowić, co z tą energią i czasem robimy. Obudzić się należy natychmiast – nie powinniśmy narzekać i poddawać się stresom, które serwują nam media i otoczenie, lecz urosnąć w siłę i działać, bo to jest najważniejsze.

Skoro mowa o działaniu, niezwykle istotną kwestią związaną z tą płytą jest też ekologia.
Do tego właśnie zmierzam – natychmiast trzeba przestać jeść mięso, ograniczyć kupowanie nowych rzeczy i skupić się na trosce o to, co już mamy.
Mam wrażenie, że Polacy są w jakimś śnie. Śnie, w którym jest szaro, brudno i prawie nikt nie myśli o tym, że warto rozejrzeć się dookoła i wyciągnąć z otaczającego go świata jak najwięcej piękna. Przykładem zupełnie przeciwnym jest Tajlandia, gdzie kobiety bardzo dbają o domostwo i chociaż ludzie mają tam dużo mniej pieniędzy, a wszystko jest takie kruche i azjatycko tanie, to czuć tam niesamowitą troskę nawet o najmniejsze szczegóły.
Być może wynika to także z mentalności, która u nas wiąże się z tym, że np. przez 20 lat potrafimy nie naprawić furtki czy płotu. Nie dostrzegamy też skarbu, jaki nieraz mamy we własnym ogrodzie, czyli starego drzewa. Nie umiemy znaleźć tego „tu i teraz”, nie umiemy znaleźć w sobie miłości do własnego otoczenia i ziemi, którą cały czas mamy pod stopami.

Życie w wielkomiejskim pędzie, tempo korporacji i stereotypowa perspektywa takiego rodzaju funkcjonowania jest bardzo daleka od tego, o czym Pani mówi. Jak zatem znaleźć w sobie tę przestrzeń, obudzić się?
Niezmiennie będę powtarzać to samo – myślę, że bardzo dużo daje bliskość z przyrodą. Niezwykle ważny jest też kontakt ze swoim ciałem, bo to przecież także jest przyroda. W ciele mamy zapisanych wiele historii, wspomnień, blokad. Czuję to często po koncertach, kiedy przytulam się z wieloma ludźmi – każdy ma inny sposób tulenia i widzę wtedy, jak wiele napięć noszą ludzkie ciała. Z takiego dotyku można dużo odczytać. Myślę więc, że w cybernetycznym świecie, z górnym światłem biurowym i wykładziną pełną antybiotyków, bliski kontakt międzyludzki jest niezwykle istotny.
Może trzeba też na przekór coachom efektywności robić trochę mniej? Może trzeba potańczyć, a może nie zawsze papieros jest tą fajką pokoju, na którą trzeba robić przerwę? Może mniej kawy, może masaże i różnego rodzaju inne fizyczności pozwalające odkleić się od tego sztucznego tworzywa, z którego zbudowane są biurowce?
Co jednak istotne, trzeba się tej aktywności bacznie przyglądać – czy rzeczywiście jest ona mindfulnessowa, czy może po prostu ćwiczymy na bieżni jednocześnie oglądając film, słuchając muzyki i sprawdzając maila? Ważne, by zmniejszyć ilość czynności jednoczesnych. Starajmy się wrócić do takiego rodzaju obecności, w którym jedno działanie będziemy mogli odczuwać poprzez jak najwięcej zmysłów.

Fakt, jest wielu zwolenników teorii, że jednak nie ma czegoś takiego jak podzielność uwagi.
Jest to kolejny argument za tym, by uważać na karoshi – Japończycy nazwali tak śmierć z przepracowania. Musimy dbać o to, by emocje, jakie budzą w nas stresujące maile i deadline’y dało się gdzieś wyzwolić, żeby to nie zostawało w siedzącym za biurkiem ciele. Oni wymyślili sobie pokój ze ścianami wyłożonymi specjalną osłoną, na którą mogą się porzucać i w którą mogą boksować. Dobrze jest mieć jakiś bufor.
Sama zupełnie nie wyobrażam sobie takiej pracy. Straszne jest dla mnie chociażby to, że nieraz w takich profesjach operuje się dużymi sumami pieniędzy, które są w zasadzie abstrakcyjne. Dla mnie nawet cały nakład winyli, pierwsze 300 sztuk, to była niepojęta liczba. Postanowiłam się jednak zbliżyć do niej fizycznie – każdą z tych płyt, zrobionych zresztą z odpadków po innych artystach, ręcznie opisałam i na każdej namalowałam węglem chmurę. Dzięki temu lepiej rozumiem tę ilość. Kiedy jednak porównuję ją do myśli o milionowych kwotach, operowaniu ogromnymi zasięgami czy kredytami, jest to dla mnie zupełnie abstrakcyjne.
Nie zapominajmy więc w tym wszystkim, że jesteśmy zwierzętami i często potrzebujemy po prostu uproszczenia niektórych rzeczy, a co się z tym wiąże, ucieleśnienia.

Idąc tym tropem: trochę już o ciele mówiłyśmy, trochę wspominała też Pani o umyśle – jak to zatem jest? Najpierw głowa musi złapać niezbędną jej przestrzeń, a dopiero później ciało, czy odwrotnie?
Jesteśmy całością, przy czym rzeczywiście – w czasach, w których czytamy tak dużo książek i chodzimy na terapie, na których rozkminiamy swoje życie umysłem – myślę, że ciało jest tym odrobinę zapomnianym fragmentem. A szkoda, bo jest w nim bardzo dużo.
Ciało jest prawdą – bo, nawet jeśli teoretycznie jest dobrze, to za chwilę okazuje się, że „ma pani taką i taką morfologię, nieprawidłowy cukier, cholesterol”… Wszystko i tak koniec końców wychodzi właśnie w nim.
Widzę więc ogromną potęgę w pracy z ciałem. Może być bowiem wiele rzeczy nienazwanych, możemy spędzić kilka lat na kozetce szukając, co tam w nas siedzi i za żadne skarby tego nie znaleźć. Jednocześnie możemy pójść popracować z ciałem i poczuć ogromną ulgę – ciało się uwalnia, otwiera i opuszcza nas coś, czego nawet nie umiemy nazwać. Zdarza się, że ta wiedza później przychodzi, ale jeśli nie, to też jest okej. Nie musimy wszystkiego wiedzieć.

Katarzyna Miłkowska

Dodaj komentarz