Wywiad

Świat poza strefą komfortu

Zapewne każdy z nas, gdy był dzieckiem, wyobrażał sobie, kim zostanie w przyszłości. Nie wszystkim jednak te plany i marzenia udało się zrealizować. Niewątpliwie osobą, która w bardzo pewny sposób kroczy swoją ścieżką – muzyczną – jest Krzysztof Zalewski. Wydaje się jednak, że jego słowa: „Nigdy nie miałem wątpliwości, że to jest właśnie to” można przełożyć na każdą inną dziedzinę. Czy ta pewność jest podstawą sukcesu? A może przydaje się też odrobina szczęścia, któremu przecież zawsze można chociaż trochę pomóc?

Katarzyna Miłkowska: Gdyby miał pan cofnąć się do czasu, kiedy był małym chłopcem, czy jako dorosłą osobę widział pan siebie właśnie w tym miejscu, w którym jest teraz?
Krzysztof Zalewski:
Jako mały chłopiec nie wybiegałem raczej aż tak daleko w przyszłość, bo z tamtej perspektywy nawet 30 lat wydaje się być już wiekiem bliskim śmierci. Myślę, że jednak dość szybko wiedziałem, co chcę robić w życiu. Mając 13 lat wiązałem już swoją przyszłość z graniem muzyki i to graniem właśnie muzyki rockowej.

Czyli wszystko się udało?
Oczywiście nadal część mojej głowy wierzy w to, że mogę jeszcze dorównać Stonesom, ale tak czy siak jestem ogromnym szczęściarzem – jestem wciąż w trasie, moje koncerty to sale pełne publiczności, ludzie śpiewają moje piosenki.

Dobrze, ale jedno to wiedzieć co jest nam bliskie, a drugie to móc oprzeć na tym swoje życie i w takim kierunku prowadzić karierę. Czy są jakieś konkretne elementy, które sprawiły, że pan rzeczywiście idzie obraną wcześniej ścieżką?
Przede wszystkim nigdy nie miałem wątpliwości, że to jest właśnie to, co chcę robić. Nawet jeżeli na ładnych parę lat musiałem zejść z pierwszego planu, to i tak byłem w tym czasie ciągle „w muzyce”. Trochę uczyłem się rzemiosła, trochę siedziałem w studiu nagrań, śpiewałem chórki, grałem jako muzyk akompaniujący. To nie był szczyt moich marzeń, ale mimo wszystko przez cały ten czas to właśnie muzyka dawała mi utrzymanie. Uważam to za spore szczęście.
Należy jednak pamiętać, że trzeba też mierzyć siły na zamiary. Jeżeli nie miałbym w ogóle słuchu muzycznego, albo panicznie bałbym się tłumu, to siłą rzeczy nie miałbym szans na prowadzenie kariery w tym kierunku. Jeżeli jednak jestem przekonany o szansie odniesienia sukcesu w tym, co sobie wymarzyłem, to najważniejsza jest konsekwencja. Do tego wiara w swoje możliwości i niepoddawanie się przeciwnościom – bo chociaż przez te 10 lat rzeczywiście żyłem z muzyki, to często miewałem okresy, kiedy zwyczajnie klepałem biedę. Cały czas miałem jednak z tyłu głowy, że prędzej czy później – dzięki pracy i wytrwałości, ale też przy odrobinie szczęścia – dojdę do tego, co sobie założyłem.

Skoro mowa o szczęściu – zastanawiam się, na ile możemy oddać pewne rzeczy temu szczęściu właśnie, a w jakim stopniu to jednak my sami kreujemy swoją ścieżkę?
Wydaje mi się, że to jest trochę tak, jak z weną i natchnieniem. Jeżeli chcę napisać piosenkę, to siedzę codziennie od 10 do 18 w sali prób. Mam instrument w ręku, odpalony mikrofon, kartkę, długopis i jestem skupiony właśnie na pisaniu. Będę wymyślał w tym czasie bzdury, będę tworzył nienajlepsze dźwięki, ale w pewnym momencie ta wena przyjdzie i w końcu uda się napisać coś dobrego.
Uważam więc, że oczywiście jest coś takiego jak wena, ale trzeba jej pomóc. Trzeba siedzieć z tym przykładowym długopisem w ręku i próbować. Bo jeżeli będę zajmował się czymś innym, to owszem – wena też się pojawi, jednak wleci lewym uchem, wyleci prawym i nic z niej nie skorzystam. Podobnie jest ze szczęściem. Czasami trzeba znaleźć się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie, ale nic się samo nie wydarzy.

A jak jest z tym szczęściem u pana?
Mam szczęście, że trafiłem na dobrą wytwórnię, mam szczęście, że jedna i druga piosenka zyskały popularność, ale to nie wzięło się znikąd. Przez lata pisałem piosenki do szuflady, szukałem swojego miejsca, aż w końcu znalazłem, więc na pewno szczęście mam. Gdybym jednak tylko patrzył w tym czasie w sufit i zajmował się czymś zupełnie innym, to nigdy by się to nie spełniło.
Poza tym, wydaje mi się, że trzeba głośno mówić, czego się chce. Może jest to trochę magiczne myślenie, ale im dłużej przyglądam się swojemu życiu, tym bardziej w to wierzę. Nie wiem, czy jest to kwestia tego, że wszechświat słucha, czy to jest tak, że jak głośno wypowiemy jakieś życzenie, to sami siebie słuchamy i nasz mózg pomaga w jego realizacji? Nie wiem skąd się to bierze, ale wydaje mi się, że trzeba z pełną powagą mówić o tym, czego pragniemy. Wtedy jest większa szansa na realizację owych marzeń.

Niewątpliwie coś w tym jest, ale chciałabym zatrzymać się jeszcze przez chwilę na różnych wspomnianych przez pana doświadczeniach. Mówił pan o wielu latach nauki, poznawania, testowania. Czy jest to raczej kwestia ciekawości, czy może jednak nieustanna próba znalezienia tej najbliższej panu ścieżki?
Kiedy miałem może 22-23 lata, olśniło mnie, że nie mogę zamykać się na jakieś ultra hard rockowe granie, bo wszystko zostało już w tej kwestii powiedziane. Sam zakładałbym sobie kajdanki, sam ograniczałbym sobie ruchy. Wtedy właśnie zacząłem intensywniej poszukiwać w muzyce własnego języka. Nie twierdzę, że już go znalazłem, ale na pewno jestem bliżej, niż byłem 10 lat temu. W tym czasie romansowałem z różnymi gatunkami muzycznymi – często jednocześnie – chcąc sprawdzić, co tak naprawdę wychodzi z mojego wnętrza. Jest to więc zapewne i jedno, i drugie. Podstawą jest jednak to, że muzyka musi przede wszystkim sprawiać mi radość. W innym wypadku to nie zadziała. Ludzie czują, czy naprawdę masz frajdę na scenie, czy tylko udajesz.

Czy ma pan poczucie, że rzeczywiście istnieje taki moment, kiedy ten jeden jedyny język udaje się znaleźć, czy może jednak te poszukiwania nigdy się nie kończą?
Zdecydowanie myślę, że jest to ciągłe szukanie – aż do śmierci. Najbardziej imponuje mi w tym postać Davida Bowiego. Zdobył on w muzyce absolutnie wszystko, a nigdy nie wpadł na pomysł, żeby zatrzymać się np. na etapie płyty „Let’s Dance”. Przyniosła mu ona nieporównywalną z niczym innym światową sławę, a on i tak regularnie zmieniał skórę. Robił to aż do swoich ostatnich dni, a każda jego płyta zaskakiwała czymś zupełnie innym. Trochę chyba właśnie o to w tym wszystkim chodzi.
Oczywiście chciałbym znaleźć ten punkt, w którym czułbym, że to jest ten najbliższy mi język. Skoro jednak planuję i mam ochotę uprawiać muzykę jeszcze przez długie lata, to najważniejsze, żebym wciąż miał umiejętność zaskakiwania samego siebie. Żebym nie popadł nigdy w rutynę. Na szczęście muzyka ma tak szerokie spektrum, że wciąż i wciąż można znajdować nowe i coraz to ciekawsze jej rejony.

Skądś się jednak te „zaskoczenia” biorą.
Oczywiście, ale to już padło – nic się samo nie zrobi. Jednym ze sposobów na to wydaje mi się wychodzenie ze strefy komfortu. Czasami wręcz na siłę. Jeśli mamy już jakieś formy, w których czujemy się pewnie, to specjalnie trzeba z nich rezygnować i szukać czegoś o krok dalej. Pozwala to odkrywać nowe i zupełnie zaskakujące przestrzenie.
À propos wychodzenia ze strefy komfortu: niewątpliwie czymś takim jest dla mnie Solo Act, który odbędzie się 26 kwietnia na Torwarze. Oprócz tego, że gram z zespołem, od ładnych paru lat zdarza mi się wykonywać także właśnie solo acty. Jednak ze względu na wielkość Torwaru rozbudowuję cały zespół instrumentów, a urządzenia mnożą się i mnożą. Pod tym względem będzie to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Owszem, jest obarczone ogromnym stresem, wieloma tygodniami prób i nieprzespanymi nocami. Z drugiej jednak strony, jeżeli dzięki temu będę mógł zmusić się do nauki paru nowych rzeczy, zapewne przełoży się to także na moją późniejszą twórczość. Dostanę też kilka dodatkowych słów do swojego słownika, a co za tym idzie, będę mógł opowiadać coraz to ciekawsze historie.
Mam więc nadzieję, że podobnymi sposobami uda mi się zaskakiwać siebie do późnej starości.

 

Katarzyna Miłkowska

Dodaj komentarz