Uciekinier z Mordoru

Najważniejsze to nigdy nie dorosnąć

Jest jak samica alfa. Bezkompromisowa, perfekcjonistyczna pracoholiczka. Gdy się w coś angażuje, to na full i najlepiej w wiele spraw naraz. Taki pracownik dla korpo to skarb, jednak Marta Spychalska nie żałuje, że wybrała pracę „na swoim”.

To już oklepane pytanie w tych rozmowach, ale je zadam: dlaczego?
Marta Spychalska: Dlaczego odeszłam z korporacji? To długa historia. Zaczęłam pracować w dużej amerykańskiej firmie jeszcze w trakcie studiów. To była nauka w trybie dziennym, więc pogodzenie jej z pracą przedstawiciela medycznego łatwe nie było, ale dałam radę. Co więcej, okazałam się na tyle cennym pracownikiem, że szybko przeniesiono mnie na teren kluczowy dla firmy. A później, gdy poznałam swojego męża i postanowiłam przenieść się do niego, do Łodzi, stworzono dla mnie oddział właśnie tam. Wydawało się więc, że firma mnie ceni. Wszystko się zmieniło, gdy zaszłam w ciążę. Miesiąc przed końcem macierzyńskiego dostałam wypowiedzenie.

Uniosła się Pani honorem i trzasnęła drzwiami?
Wręcz przeciwnie – walczyłam o swoje i ostatecznie decyzję o pozbyciu się mnie cofnięto. Ale po tym incydencie mój zapał do pracy spadł. A kiedy spodziewałam się kolejnego dziecka, byłam pewna, że tym razem wylecę, więc zaczęłam myśleć, co mogłabym robić dalej.

Pani skończyła inżynierię medyczną, Pani mąż jest chirurgiem, więc wydawałoby się naturalne stworzenie jakiegoś biznesu związanego z medycyną?
Rozważałam to, ale okazało się, że takie przedsięwzięcie wymaga zbyt dużego kapitału na start, a ja go nie miałam. A moje życie się zmieniło. Byłam matką dwójki dzieci, już nie tak mobilną i dostępną, by każdą chwilę poświęcać pracy. Dzieci ukróciły mój pracoholizm. Niezwykle pilne sprawy do zrobienia na komputerze jakoś tracą na istotności, gdy dzieci domagają się zainteresowania – przecież to moja praca a nie ich, a ja mogę to zrobić w nocy. Rozważałam więc taki biznes, którym mogłabym w dużej mierze zarządzać z domu.

Jak wpadła Pani na pomysł założenia internetowego sklepu z zabawkami?
Patrzyłam jakiego fioła na punkcie moich dzieci dostawali krewni. Byli gotowi od ust sobie odjąć, by tylko sprawić im jakiś fajny gadżet czy wdzianko. Dotarło do mnie, że tak musi mieć też wielu innych ludzi: „dla dzieci wszystko”, a to znaczy, że na produkty dla dzieci zawsze będzie zbyt. I nie pomyliłam się, bo założony przeze mnie pięć lat temu sklep Neneko.pl, prężnie się rozrasta. Mamy wyłączne przedstawicielstwo dwóch europejskich marek, kilka produktów pod własną marką, ruszyliśmy właśnie z hurtownią internetową, a ja czuję się w tym jak ryba w wodzie, bo wciąż uczę się czegoś nowego i nie mam czasu się nudzić.

Przestawienie się z roli przedstawiciela medycznego na właściciela sklepu nie było trudne?
Sprzedaż jest sprzedażą, niezależnie od tego, czy chodzi o sprzęt medyczny, czy zabawki, więc nie robiło mi to wielkiej różnicy. Na początku bardziej chodziło o trudności logistyczne, niż sprzedażowe. Zaczynałam rozkręcać firmę z domu. Siedziałam przed komputerem z dwójką dzieci na kolanach i wysyłałam maile. To był – jak się podpisywaliśmy – „Zespół Neneko”.
Tysiące paczek z towarem zalegało w każdym kącie. Kiedy mieliśmy dostawę siedmiuset hiszpańskich lalek, to stały one w przedpokoju, w salonie i w sypialni. Gdy kurierzy przyjeżdżali po zamówienie, nurkowało się w pudłach. Mąż dostawał szału, non stop o coś się potykając. Dziś mam już biuro poza domem i trzech pracowników, ale początkowo to ocierało się o szaleństwo.

Wspomniała Pani, że nie ma czasu się nudzić, a znajduje Pani czas na odpoczynek?
Hmm, a co to? (śmiech). W sumie odpoczywanie to, moim zdaniem, sprawa trochę przereklamowana. Czy dzieci odpoczywają? Owszem, śpią. Ja też czasem to robię, ale żeby tak segregować czas na pracę i odpoczywanie? Dzieci nieustannie eksplorują świat, są go ciekawe. Hasło przewodnie mojej firmy brzmi: „Najważniejsze to nigdy nie dorosnąć”. Ja mam tak już chyba zapisane w genach, że muszę ciągle być w ruchu, rozwijać się, robić nowe rzeczy.
Od dziecka byłam aktywna. Najpierw wyczynowo trenowałam pływanie, potem jeszcze narciarstwo. W szkole średniej, po lekcjach, pomagałam mamie w sklepie. Na studiach szybko najpierw załatwiłam sobie praktyki, na których uczyłam się robienia protez rąk i nóg, później znalazłam pracę w korpo i to też taką, w której mogłam ciągle poznawać nowych ludzi, uczyć się nowych rzeczy, zmieniać miejsca. W innej nie wytrzymałabym aż ośmiu lat.

Słowem własna firma, gdzie trzeba być alfą i omegą, i ogarniać wiele rzeczy naraz, to idealne środowisko dla Pani?
Rzeczywiście. Obowiązków i wyzwań mi nie brakuje, choć i tak uznałam, że ruchu jednak potrzebuję więcej i zaczęłam startować w półmaratonach. Ale robię to bardziej dla głowy, niż ciała. Choć teraz już marzy mi się maraton.

Ale żeby zaraz maratony, nie wystarczy przebieżka?
Tak już mam. Jak coś robię to na full. Jak się zmęczę, dojdę do ściany, to padam i wtedy właśnie na full wypoczywam (śmiech).

Choć to szaleństwo, lecz jest w nim metoda” Hamlet ciśnie się na usta…
Dla mnie, jako umysłu ścisłego, w każdym chaosie jest jakaś logika. Rzut oka na sytuację pozwala mi wychwycić pewien schemat. Cenię tę umiejętność, bo pozwala mi ogarniać różne przedsięwzięcia w jednym czasie i organizować rozmaite składowe, tak, by tworzyły całość i wszystko chodziło jak w zegarku.

Wszystko musi być usystematyzowane i tak jak ja chcę”?
Zgadza się. Myślę, że nie mogłabym w mojej firmie mieć wspólnika. To w pełni, od początku do końca moje przedsięwzięcie i nie zniosłabym wtrącania się. Pracownicy, owszem, mogą mieć własne zdanie i chętnie wysłucham ich pomysłów, ale nie gwarantuję, że się z nimi zgodzę. Muszę mieć wszystko usystematyzowane, poukładane, dobrze zorganizowane i „po mojemu”.

Perfekcjonizm?
Trochę, ale bardziej odpowiedzialność za to, co się stworzyło. Prowadzę małą firmę, a to oznacza, że muszę sama ogarniać praktycznie wszystko: od przepalonej żarówki, po strategię sprzedaży, marketing, system optymalizacji, plany biznesowe, itd. Na razie, dopóki sprawnie to działa, nie zamierzam wiele zmieniać.

A nie marzy się Pani, jak innym kobietom, jakiś urlop na plaży, wypoczynek w spa?
Umarłabym z nudów. Nie, ja się do tego kompletnie nie nadaję. Nie mogłabym leżeć plackiem i malować sobie paznokci. Wolę naprawiać elektryczny czołg, gdy się zepsuje – w końcu jestem inżynierem, mam do takich rzeczy smykałkę.
Myślę, że w ogóle jest we mnie 3/4 męskiego myślenia, a tylko 1/4 takiego, które przypisuje się kobietom. Ale trudno się temu dziwić, całe życie obracałam się raczej w męskim towarzystwie – najpierw profil mat-fiz w liceum, później studia na Wydziale Mechanicznym politechniki. Dla mnie to, co techniczne, logiczne, zadaniowe, jest naturalnym środowiskiem, w którym potrafię sprawnie i efektywnie funkcjonować.

I pewnie nie tęskni Pani za korpo?
Nie tęsknię. Choćby dlatego, że przez osiem lat musiałam codziennie nosić spodnie w kant, a dziś mogę przyjść do pracy w piżamie, gdy tylko mam na to ochotę.

Izabela Marczak

Dodaj komentarz